Otwarty na nowo warszawski klub Basen przygotował na ten rok naprawdę świetną ofertę koncertową. Dwa tygodnie temu dane było nam cieszyć się koncertem Soap&Skin, a na następne miesiące przygotowane są m.in. występy islandzkiego Bloodgroup czy legendarnych The Residents. W miniony czwartek scenę Basenu objęła (i to dosłownie) w posiadanie amerykańska wokalistka, saksofonistka i kompozytorka zamieszkała na co dzień w Berlinie – Jessie Evans.

Na rozgrzewkę krótki koncert zagrał warszawski duet Last Blush, którego muzykę wielu z Was kojarzy na pewno ze spotu reklamowego promującego festiwal Selector 2011. Głębokie, warstwowe brzmienia syntezatorów i delikatny głos Doroty Morawskiej zabrzmiały wyjątkowo przekonująco na świetnym nagłośnieniu Basenu, ale publiczność, niestety, nie dała się do końca porwać ich muzyce. Wydaje się to co najmniej dziwne, bo taka muzyka w wykonaniu jednego z zagranicznych składów na pewno zainspirowałaby wspólne skakanie, gromkie brawa i falę pytań o wydawnictwa zespołu. Może takie są nadal realia naszego rynku muzycznego – cudze chwalimy, własnego nie znamy (i nie bardzo garniemy się do poznania). Po kilku kawałkach zagranych przez Last Blush nadszedł jednak czas na główne danie i na scenę wparowała wymachująca wielką flagą Jessie Evans.

I tutaj sytuacja przez kilka pierwszych utworów miała się dramatycznie. Nie wiem, czy wynikało to z ignorancji, czy lenistwa realizatora dźwięku, ale Jessie nie słyszała z odsłuchów kompletnie nic, co wielokrotnie próbowała mu powiedzieć przez mikrofon i pokazać w czasie wykonywania piosenek. Na domiar złego, zbyt cicho wypuszczony na przody nagłośnienia podkład z laptopa sprawiał wrażenie, że koncert składa się tylko z bębnów i wokalu, co kompletnie odebrało jej mieszaninie punka, afrobeatu i marszowych rytmów jakąkolwiek strukturę. Po pielgrzymkach niezliczonej liczby osób do stołu mikserskiego, sytuacja z odsłuchem nieco się poprawiła, co od razu odbiło się na jakości koncertu i humorze Jessie. Zaczęła wykonywać szaleńcze kankany pomiędzy zwrotkami, schodzić z mikrofonem pomiędzy publiczność i zachęcać wszystkich do wspólnej zabawy. Jej zagrywki saksofonowe stały się zadziorne i nawet cekiny, którymi ozdobiła twarz, kurtkę i zabawną pilotkę, zdawały się błyszczeć w świetle reflektorów z większym animuszem. Nie minęło dużo czasu, a cała publika zaczęła skakać do gorących rytmów jej kompozycji, które odgrywał jej stały perkusista, znany ze współpracy m.in. z Iggy & The Stooges czy Swans – Toby Dammit. Jak to często bywa, im większą energię artyści dostawali z niecki basenu, tym bardziej porywającą postawę prezentowali ze sceny.

Apogeum koncertu nastąpiło w momencie, gdy Jessie, odsuwając bezceremonialnie ochroniarzy, zaczęła wybierać co bardziej aktywnych tancerzy spośród publiki i wypychać ich na scenę. W ten sposób, otoczona rozszalałą grupą uśmiechniętych, tańczących ludzi, wykonała swój największy hit, zarażający skocznym rytmem Let Me On. Po tym festiwalu dobrego humoru nie miała już żadnego problemu z namówieniem publiczności do śpiewania refrenu Oh Mama czy niekontrolowanych podrygów w rytm Scientist of Love. Mimo że jej wokal nie należy do wybitnych, a piosenki do skomplikowanych, to na koncertach i tak główną atrakcją jest niespożyta energia i punkowy pazur artystki, która – jakby jej było mało kontaktu z publicznością – zeszła po koncercie ze sceny i dołączyła się do tanecznego afterparty. W tym momencie nie było już chyba na sali ani jednego sceptyka.

Nie ma więcej wpisów