Z Atoms for Peace wszyscy mają jeden zasadniczy problem. Czy należy klasyfikować ten twór jako supergrupę (w końcu w Amok zamieszani są muzycy takich tuzów sceny jak Red Hot Chili Peppers, R.E.M. czy Radiohead)? Czy może jest to tak naprawdę kolejny solowy projekt Thoma Yorke’a, jak to sugerują niektóre media (przecież pierwszy raz w tym składzie wystąpili, grając jego płytę The Eraser)? Właśnie takie spekulacje odciągają jednak uwagę od sprawy, która jest w tym wszystkim najważniejsza, czyli samej muzyki. Spróbujmy więc (choćby częściowo) zignorować wysadzany klejnotami muzycznych celebrytów skład zespołu i ocenić rzetelnie to, co znajduje się na płycie.

Pierwszą charakterystyczną rzeczą, jaka rzuca się w uszy po wysłuchaniu albumu, jest jego niezwykła spójność. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że Amok jest zdecydowanie zbyt homogeniczny, tak jakby chęć wypracowania sobie własnego stylu została priorytetem podczas komponowania i nagrywania. Pierwsze kilka przesłuchań schodzi na próbach odróżnienia od siebie poszczególnych utworów i oswojenia ich charakterystycznych punktów, bo bez tego nawigacja po albumie byłaby niczym próba zidentyfikowania członków The Kelly Family. Nikt chyba jednak nie obiecywał sobie po takim składzie garści łatwych do słuchania, radiowych hitów, więc kiedy już wiemy, który z bliźniaczo podobnych do siebie hipisów to Paddy i jak na imię ma jego rudowłosa siostra, przychodzi czas na prawdziwe zanurzenie się w muzyce.

I tu dopiero płyta pokazuje swoje prawdziwe atuty. Zaczyna nas zachwycać bogactwo połamanych rytmów, świetne melodie i rozedrgane tekstury utworów. Wielu krytyków tej płyty wskazuje dobrze słyszalną w użytych harmoniach i sposobie śpiewania, wszechobecną hegemonię Yorke’a jako największy minus tego materiału, ale po wsłuchaniu się w utwory okazuje się, że jest trochę inaczej. Mało inwazyjny wokal mistrza ceremonii właściwie traktuje się jak kolejny instrument, który wypełnia i ociepla dosyć surowo w gruncie rzeczy potraktowane produkcje. Często jest dosłownie schowany w miksie, pomrukując zapętlone frazy, jak w znakomitym Unless. Po dłuższym obcowaniu z płytą okazuje się też, że ten zestaw rozgalopowanych przeszkadzajkami, pozornie podobnych do siebie bliźniaczo kompozycji ma jednak wiele ciekawych, charakterystycznych punktów. Rozpoczynając od prowadzonego fenomenalnym basem, kowbojskiego Before Your Very Eyes…, przez znany już dobrze, połamany Default, po transowy Reverse Running, co chwilę znajdujemy na tej płycie dźwiękowe smaczki, niespodziewane załamania rytmu i głębokie brzmienia. Unikalnego charakteru dodają albumowi przeszkadzajki Mauro Refosco, który tak naprawdę mógłby zostać nazwany cichym bohaterem projektu. Polirytmia czerpana garściami z afrobeatu (do czego zresztą zespół publicznie się przyznaje) sprawia, że utwory wprawiają słuchacza w swoisty trans. Mogę się założyć, że zespół sprokurował o wiele więcej takich numerów, ale wybrał tylko osiem najbardziej reprezentatywnych, w których skompilowane zostały najciekawsze pomysły i rozwiązania.

Faktem pozostaje, że większość z utworów z Amok pod względem stylistyki mogłaby z powodzeniem zasilić szeregi dyskografii macierzystej formacji Yorke’a. Nie jestem tylko pewien, czy Radiohead w obecnym składzie dałoby radę nagrać tak zaawansowany produkcyjnie i przemyślany krążek – myślę, że nie tylko w moim odczuciu od kilku albumów czuć było u nich zmęczenie materiału. Jeżeli więc przypływ weny i odnowienie energii mają być u Yorke’a okupione otoczeniem się gronem, znakomitych skądinąd, znanych muzyków, to ja to kupuję. Nawet jeśli niektóre utwory są przydługie i nudnawe, nawet jeśli Flea tylko programuje syntezatory basowe, a całość brzmi jak nowe, lepsze Radiohead. Amok to solidna, ciekawa płyta, która nie znudzi się po kilku przesłuchaniach.

Nie ma więcej wpisów