W związku ze związkiem, którego poseł i profesor Pawłowicz wyraźnie brak, po długiej przerwie napiszę słów kilka i więcej o fenomenie muzyki jałowej oraz jej zupełnie artystycznie niepłodnych twórcach, których czcze produkty – ku niezadowoleniu diabelnie konserwatywnych, biblijnie pięknych elit intelektualnych Rzeczypospolitej – cieszą uszy, szczytując na listach przebojów, choć szczytowanie jest w ich przypadku wysoko niepoprawne politycznie, katolicko niedopuszczalne i w ogóle passé. Wielokrotnie złożonym zdaniem wstępu byłoby na tyle.

Nie ulega wątpliwości, że sprawa arcymerytorycznej i zupełnie niewybrednej wypowiedzi profesor zwyczajnie nienadzwyczajnej, na wskroś pospolitej szlachcianki Pawłowicz jest równie emocjonująca, bulwersująca i delikatna co status majątkowy ojca biznesmana Tadeusza Rydzyka i karoseria jego niedrogiej furmanki. Akurat zawiłości tego przypadku nie pojąłby sam Einstein. Zboczenie tej pierwszej natomiast stanowiłoby nie lada zagwozdkę dla Freuda, który zapewne doszukiwałby się tutaj niewłaściwej sublimacji popędu destrukcji (Tanatosa). Okiem zupełnie niewprawionego w tej profesji seksuologa widzę, że jakiejkolwiek sublimacji tej wybitnej polemistce wyraźnie brak. Zaznaczam jednak, że to czysta empiria postronnego laika.

Jak to się dzieje, że osoby niebędące w związkach mają o związkach akurat najwięcej do powiedzenia? Pracownik naukowy – jak sądzę, twierdzę i mniemam – wiedzieć powinien, że lanie nie wody, a ścieków w myśl nadrzędnej idei: nie znam się, to się wypowiem, jest zupełnie bezowocne. Powiem więcej – jałowe!

Z doświadczenia wiem, że lepiej i niemniej sensowniej jest cokolwiek komentować jak już emocje opadną, a potrzebny zgiełk zupełnie niepotrzebnie ograniczy się do pojedynczych nagłówków internetowych serwisów albo – gdy papież wygłosi kaprys abdykacji – wrzucając poseł Pawłowicz pomiędzy newsy o dziurach w nawierzchni bitumicznej. Do rzeczy. Muzyka z polityką nijak się wiąże, chyba że chodzi o wytrawne gusta posłów, którzy w swoich spotach wyborczych wykorzystują ikony polskiej muzyki; to znaczy marny disco-rap zespołu pieśni i tańca zadupia dolnego o porywającej do wymiotów linii melodycznej i na wskroś niebanalnym tekście.

Tak więc polityka z muzyką ma wspólnego tyle, co wcale niejałowa szlachcianka z dobrymi manierami. Jeśliby jednak spojrzeć na ową relację ze strony muzyki, to partia nad partiami, ostoja polskiej tradycji cierpiąca na chroniczną rusofobię, której członkowie (nie mylić z członkami) kultywują familijne wartości, prowadząc żywot bezżenny (w konkubinacie z kotami); ta partia ma swoich senatorskich szeregach Krzysztofa Cugowskiego, który nucił, że do tanga trzeba dwojga, czym wkupił się w łaski pisowskich singli, którzy tańczyli z gwiazdami co najwyżej na nocnym niebie. Skutki takich zachowań egzemplifikują wypowiedzi płodnych krzykaczy.

Wszak to, co poza etykę najbardziej tolerancyjnej i sympatycznej polskiej partii wykracza (czyli w s z y s t k o), zaprzecza naturze, jest w konflikcie z konstytucją, podważa tradycję, przyczyniło się do zamachu w Smoleńsku i w ogóle w głowie, i dupie się nie mieści. Tak jest z muzyką jałową, czyli artystyczną ekspresją homoseksualnych twórców, którzy sami w sobie są zupełnie nieestetyczni, orientacją zbrukani. Tak na przykład dorobek arcywybitnego Czajkowskiego w perspektywie pawłowiczowskiej jest zupełnie miałki. W ogóle go nie ma. Wszak ów rosyjski kompozytor był gejem, którego życie zakończyło się nader tragicznie. Powodem jego zagadkowej śmierci było bowiem wymuszone samobójstwo wynikające z szaleńczego lęku przed ujawnieniem własnej orientacji, ponieważ na społeczeństwo ówczesnej Rosji składały się w zasadzie same panie Pawłowicz, te w męskim wydaniu też. Z tą różnicą, że arystokraci byli lepiej ubrani. Wyglądali po prostu schludniej. Może i nawet e s t e t y c z n i e j. W każdym razie było tak, że Czajkowski zaangażował się w znajomość z osiemnastoletnim arystokratą – Aleksanderem Władimirowiczem Stenbokiem-Fermorem, bratankiem hrabiego Aleksieja Aleksandrowicza o konfidenckich zapędach, który o romansie doniósł carowi (swojemu przyjacielowi zresztą). Nie ulega wątpliwości, że gdyby sprawa wyszła na jaw, rozsławiony na arenie międzynarodowej sztandarowy kompozytor Rosji zostałby nieskończenie upokorzony i przyniósłby hańbę ukochanej ojczyźnie, tak więc odpowiednimi chwytami perswazyjnymi sądu honorowego został zmuszony do samobójstwa, co oczywiście subtelnie utajniono, zastępując wymówką o nieuleczalnej chorobie. Piotr Czajkowski w przeciwieństwie do brata Modesta, który też był gejem, niełatwo znosił swój homoseksualizm, postrzegając siebie przez pryzmat opinii pawłowiczo-podobnych mas. Niuans ten zaszkodziłby przecież dobremu imieniu Matki Rosji.

Oczywiście muzyka kompozytora, choć nieoceniona, jest zupełnie zbędna, a sam Czajkowski zupełnie genialnie niepłodny. Ba! Budząca zachwyt muzyka muzyką nie jest właśnie z racji jego orientacji. Tak wnosi pani profesor, a tak bystrych autorytetów słuchać trzeba, bo tak każą, bo demokracja jest głupia, bo w Biblii tak jest napisane, bo ksiądz tak każe. Bycie hetero-singlem jest pożyteczne, państwu się opłaca i nie kole w okulary profesor szlachcianki. Nie czyni tego w przeciwieństwie do dyskografii Eltona Johna, która jest dowodem istnienia diabła, a Król Lew powinien być wycofany z kin, bo Can You Feel the Love Tonight wykonane przez utalentowanego geja brzmi zupełnie abstrakcyjnie. Co więcej, deprawuje dzieci, niszczy im psychikę bardziej niż karny jeżyk. Jak gej może śpiewać o miłości, kiedy zupełnie agresywny singiel płci żeńskiej wie o niej więcej, wie o niej wszystko i tylko on może wiedzieć, bo tylko jego racja jest prawdziwą racją i w ogóle pochodzi od Boga? Co z tego zatem, że ktokolwiek reprezentuje inne poglądy? Wstydź się, Elton.

W miejscu tym wspomnieć należy o mniej królewskiej, ale niemniej istotnej grupie twórców równie jałowych co gaza opatrunkowa, o ile nawet nie bardziej, bo ci pierwsi przecież są zupełnie bezużyteczni. Tak na przykład zupełnie pawłowiczowsko-wynaturzonym twórcą jest Boy George, który swoje miłosne frustracje przelewał na papier, by później w Culture Club mógł je wyśpiewać koledze z zespołu, który był obiektem jego westchnień. Teraz na pewno wbrew swojej orientacji wzdycha do mężnej żony stanu, która ma w sobie więcej krzepy niż pewnie trzymający pałeczki Jon Moss (sympatia wokalisty, perkusista Culture Club). Jakkolwiek więc jałowy Boy George był, jest i do końca życia będzie, braku estetyki zarzucić mu nie można, bo kto jak kto, ale on ma na twarzy więcej makijażu niż wszystkie posłanki PiS razem wzięte i na pewno eyelinerem posługuje się z większą sprawnością niż politycy językiem nienawiści. Kolejnym – tym razem naprawdę – wielkim był Freddie Mercury, zupełnie bezpdłodny autor piosenek i wokalista Queen. Na swoim koncie ma tylko takie tam hity jak Bohemian Rhapsody, We Are the Champions, Somebody to Love, Killer Queen czy Crazy Little Thing Called Love. Oczywiście z uwagi na poprawność polityczną nie powinnam określać utworów Queen mianem hitów, a raczej gniotów, które są gniotami, które przemożnie trwają w byciu gniotem tylko dlatego, że wykonuje je gej w całej swej boskości zupełnie nieboski (czytaj: niekatolicki). Jałowe tyły Freddy’ego zabezpiecza Ricky Martin, który wraz ze swoim partnerem wiedzie bezczelnie szczęśliwy żywot, a jakby tego było mało, w 2008 roku został ojcem bliźniaków. Bluźnierczy czyn ten skutkuje nieskończoną radością kochanych przez rodziców dzieci, którym nie brakuje niczego, które mają się lepiej niż dzieci księży, owoce miłości i względnie boskiego nasienia. Choć Ricky Martin jest Portorykańczykiem, powinien stosować się do idealnego (czytaj: polskiego) modelu tradycyjnej patriarchalnej rodziny. Ostatnim członkiem jałowej ferajny jest biseksualny Adam Lambert – komercyjna ikona muzyki pop, który z perspektywy jakiegokolwiek – właśnie, jakiego? – pożytku właściwie artystą nie jest. Trudno nawet o nim pisać, bo jego natura jest dwojaka. Poseł Pawłowicz powiedziałaby, że kosztem biednych kobiet i Bogu ducha winnych mężczyzn zwiększa on swoje quasi-miłosne szanse, maksymalnie wykraczając poza wszelkie katolickie pojęcie. Cóż, ma on jednak większe branie niż niektóre kobiety, w których płynie błękitna krew (nie tęczowa!). Gwałt, wszystko gwałt!

Fani wszystkich jałowych artystów wymienionych w tym felietonie nie mają żadnego pożytku z twórczości muzyków, którzy nie dość, że są gejami, to jeszcze śpiewają o miłości, której profesorem jest poseł singielka Pawłowicz. Wyborne świętokradztwo! A do tego wszystkiego spadły meteoryty, papież abdykował, niebiosa grzmią, Palikot się spalił, a Elton John ma kolejne dziecko. Nie ujmuje to czasami kobiecości uroczej samotnej i bezdzietnej Matki Polki o grzeczności stadionowych kiboli z Prawa i Sprawiedliwości? Doprawdy wybitny oksymoron. Nie dziwota, że nie znalazł się taki, kto by udźwignął małżeńskie brzemię, kiedy zagłuszyć niektórych krasomówców nie jest w stanie łomot charakterystyczny dla młota pneumatycznego.

Nie ma więcej wpisów