Czy często myśleliście sobie ostatnio: Ale to już było? Mam dla Was złą wiadomość – z drugą płytą Local Natives może być podobnie.  Przynajmniej dla mnie Hummingbird nie jest jajkiem z niespodzianką.

Local Natives to kalifornijski zespół balansujący na pograniczu indie-rocka i indie-popu. Właśnie, znów to indie. Czy można jeszcze bazować na łagodnych gitarach, zawodzącym wokalu i fortepianie? Jak widać (tudzież słychać) można. Przynajmniej przez 45 minut, na które składa się 11 zasadniczych utworów z płyty. Dla dociekliwych – wersja deluxe została wzbogacona o trzy dodatkowe utwory.

Płyta ukazała się w Stanach pod koniec stycznia nakładem wytwórni Infectious i Frenchkiss Records. Produkcją zajął się niejaki Aaron Dessner z The National (czyli skojarzenie z tym zespołem okazało się jak najbardziej słuszne). Od czasu debiutanckiej płyty z zespołu odszedł basista. Czy mogło to mieć jakiś wpływ na następcę Gorilla Manor? Jedno jest pewne – basu znów tu niewiele.

Cieszę się, że przesłuchałam płytę parę razy, nim zrobiłam research na jej temat. Ciężko bowiem walczyć ze SPIN czy Pitchfork, które dały Hummingbird ocenę 8/10, nawet gdy wydają się to być noty zupełnie przesadzone.

W klimat płyty dobrze wprowadzają dwa pierwsze single You & I oraz Heavy Feet. Dominujące motywy to lekko egzotyczne, hawajskie brzmienie gitary oraz marszowe bębenki i chwytliwe przyklaskiwania rozkręcające tempo. Wśród tej pustyni powtarzalności na uwagę zasługuje westernowe Black Balloons. Z nieco bardziej ożywczych piosenek mamy tu Ceilings (w którym jednak zawodzenie Taylora Rice’a osiąga zenit wytrzymałości). Może dlatego tak plusuje oszczędny wokal w Wooly Mammoth, gdzie akurat pod względem muzycznym dzieje się dużo. Jeśli już o partiach śpiewanych mowa, brawa dla Andy’ego Hamma za kojące chórki (jak np. w Bowery), które dla mnie brzmią lepiej niż główny wokal. Pod względem tekstowym słowa wysuwają się na pierwszy plan w Colombii – szczerym, osobistym wyznaniu. Uwagę zwracają dwa utwory, od których bije chłód i niepokój – Black Spot oraz zaskakująco nowoczesne bonusowe Ingrid. Czyżby to zapowiedź zmian na trzecim krążku?

Podsumowując, jest za wolno i za spokojnie, choć Local Natives dobrze operują zmiennym rytmem, a długość utworów jest wyważona. Zbyt anemiczny, momentami niebezpiecznie wyjący wokal koją na szczęście udane chórki i pojawiające się co jakiś czas smyczki. Dużo fortepianu, słychać trochę The National – wpływy producenckie są tu oczywiste. Plusem jest to, że muzycy pozostawiają słuchaczowi dużo przestrzeni, choćby przez minimalizm w użyciu instrumentów perkusyjnych. Można by się nawet doszukiwać lekko ambientowych fragmentów. Dużym atutem są teksty – szczere, osobiste, sięgające do głębokich uczuć i ważnych spraw.

Co z tego, gdy większość utworów wydaje się być odtwórcza i powtarzalna. Rozumiem – żyjemy w pośpiechu, każdemu przyda się chwila wytchnienia. Jest ładnie, jest nastrojowo, motylki latają nad kołyszącymi się trawami. Mam jednak wrażenie, że niedługo zaśniemy wskutek inwazji indie-muzyków. Nie zawsze (a nawet rzadko kiedy) to co na topie – jest dobre. Tytułowy koliber złapał zadyszkę. Albo myśli, że urodził się żółwiem…

Nie ma więcej wpisów