Śnieżny Potwór zawitał do Poznania – miało być wiosennie, jednak pierwszy dzień wiosny ani trochę nie przypominał tej radosnej, przepełnionej zielenią i promieniami słońca pory roku. Śnieg sypał się płatami, temperatura z minuty na minutę spadała coraz niżej, dlatego cieszę się, że mimo bardzo nieprzyjemnej aury za oknami, chciało się fanom muzyki gitarowej wyjść z domów i przybyć do poznańskiej Cafe Mięsna na koncert Wrocławskiego trio Dead Snow Monster.

Cieszę się też, że same gwiazdy wieczoru dotarły w końcu na miejsce koncertu. Pogoda nie oszczędziła samych muzyków, którzy mieli spore problemy z dotarciem do Poznania, przez co fani musieli uzbroić się w cierpliwość. Koncert rozpoczął się z niemal półtora godzinnym opóźnieniem, jednak kiedy rozbrzmiały pierwsze dźwięki gitar nikt już nie narzekał – nawet przestało się zwracać uwagę na wszechogarniający chłód (trzeba przyznać, że zdecydowanie Cafe Mięsna to klubowy biegun zimna – bez szali i rękawiczek się nie obyło).

Pierwszy kawałek przeniósł nas w świat z debiutanckiego krążka I Wanted to See a Monster i jak ta dziewczynka z okładki – z zaciekawieniem patrzyliśmy w ciemność, obserwując nie oczy potwora, ale muzyków, których ogarnął jakiś szał. Czysta energia miotała nimi nie dając nikomu ani na chwilę odpocząć. Kolejne dźwięki gitar raziły niczym uderzenia pioruna elektryzując mroźne powietrze. Uderzenia perkusji czuć było w samych kościach, a bas tylko dodawał temu wszystkiemu wyrazu. Panowie generowali bardzo konkretny, energetyczny hałas – jetem przekonana, że każdy kto tego wieczoru przechodził obok Cafe Mięsna z pewnością doskonale słyszał każdy dźwięk.

Dead Snow Monster zagrali dość krótko – nie czekali na huczne oklaski między jednym a drugim numerem, tylko płynnie przechodzili do kolejnego kawałka. Zabrzmiały utwory z debiutanckiej płyty, jednak niektóre miały dość drastycznie zmienione aranżacje i znacznie różniły się od tego, co można znaleźć na krążku. Energii nie ubywało – wręcz przeciwnie, wydawało się, że tych chłopaków już zupełnie nic nie zatrzyma. W pewnym momencie Sylwester (basista) wskoczył na jeden z bębnów po czym w sekundzie znalazł się pod samym sufitem, szalejąc z gitarą i skacząc po jakimś meblu zakrytym czarnym materiałem, równie dobrze mogło to być pianino. W końcu gitara bezlitośnie poleciała na spotkanie z twardym gruntem, ten sam los spotkał też perkusję. To był jasny znak – koncert dobiegł końca. Nie było co liczyć na bisy, bo nie było już na czym grać. Na listę ofiar należy też wpisać lampkę nocną, która przez cały koncert robiła delikatne, czerwone tło, jednak zginęła śmiercią tragiczną spadając wraz z gitarą na bezlitosną podłogę.

Krótko mówiąc, Ci, którzy zdecydowali się przyjść w tę niesprzyjającą aurę do Cafe Mięsna, z pewnością tego nie żałowali i wyszli naładowani potężną dawką energetycznej muzyki. Warto było być cierpliwym, bo jak się okazało – cierpliwość popłaca. A panowie pokazali swoje potwornie dobre, muzyczne oblicze.

Nie ma więcej wpisów