Jude Quinn to postać wzorowana na Bobie Dylanie w post-folkowym, spowitym oparami marihuany okresie. W jego rolę wcieliła się Cate Blanchette w filmie Gdzie indziej jestem. W jednej ze scen Quinn udziela w samochodzie wywiadu pewnemu dziennikarzowi, który bombarduje go pytaniami o dyskryminację rasową, społeczną sprawiedliwość, wojny uliczne oraz zarzuca, iż zamienił protest songi na frywolną gitarę elektryczną. Nie jestem prezydentem, nie jestem pasterzem, opowiadam tylko historie, to wszystko co robię – usłyszał w odpowiedzi. Jude/Bob dał do zrozumienia, że porzucił jakiekolwiek próby zmieniana świta. I w sumie to dobrze, bo Bring it All Back Home i Blonde on Blonde to jedne z lepszych albumów Dylana.

Z chłopców z FIDLAR wielkich rewolucjonistów też raczej nie będzie. Ich debiutancki krążek nie uczyni ziemi lepszym miejscem. Piosenek o seksie, prochach, braku hajsu, desce i zalewaniu się w trupa powstało już całe multum (choć dużo bardziej adekwatny wydaje się swojski liczebnik pochodzący od wulgarnego określenia męskich genitaliów). A garage’owe zespoły, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, powstają jak grzyby po deszczu. Co nie zmienia absolutnie faktu, że kwartet z Los Angeles wystartował z bardzo solidnym materiałem.

FIDLAR jest przede wszystkim zespołem spójnym. Nazwa grupy to akronim skate’owskiej maksymy Fuck It, Dog, Life’s a Risk, w której granicach zamyka się także tematyka tekstów. Niby niedojrzale, ale bardzo kusząco. Zresztą mit Californication pochłonął nie tylko wiecznie młodych (duchem) fanatyków desek wszelkiej maści. Oddali mu się najwięksi, Charles Bukowski i Hank Moody. Niewątpliwą zaletą chłopaków jest to, że piszą o życiu jakie znają. Nie udają intelektualistów, nie silą się na głębokie wynurzenia typu: w pustej szklance pomarańcze to dobytek mój. I chwała im za uniknięcie grafomanii; szacunek za przemycenie poczucia humoru: All I want to do is rage and never sleep / I’d rather get laid than count sheep.

Cieszy również, że materiał na debiutanckim krążku jest zróżnicowany. Zespoły garage-punkowe często wpadają w kompozycyjny letarg na trzy akordy, darcie mordy. Większość utworów rzeczywiście zostało wykrzyczanych przez wokalistę – Zaca Carpera – i zbudowanych na szybkim gitarowym graniu – Cheap Beer. Mimo iż brzmią wtedy nad wyraz podobnie do Ramones, chłopcy zostawili sobie pewną przestrzeń na eksperymenty. Mamy np. Stoked and Bloke stylizowane na klasycznego rocka z charakterystyczną solówką i linią perkusyjną, przewrotne White on White, radosne No Waves z beatlesowskim wokalem. W efekcie otrzymujemy zadziwiająco melodyjną całość.

Debiutancki album z pewnością plasuje FIDLAR w górnych granicach kategorii i rozkręci niejedną imprezę. Mam jednak nadzieję, że w przyszłości kwartet z Los Angeles nie spocznie na laurach, kopiując sprawdzone pomysły, bo nawet Hank Moody wciągając koks po 40-tce nie wygląda już tak seksownie.

Nie ma więcej wpisów