Pewnie niewiele osób przypuszczało i w ogóle typowało kolejną płytę Trevora Powers w kategoriach najlepszych nagrań roku. Takie niepozorne wydawnictwa jak Wondrous Bughouse, które w zamierzeniu wielu powinny pozostawać po prostu rozwinięciem ciekawego – acz nieco zbyt wyeksploatowanego – tematu indie-ambientowych poczynań, potrafią jednak sprawić niespodziankę. Okazuje się, że spośród wszystkich nazwisk typowanych w ostatnich kilku latach, to właśnie Youth Lagoon jest zupełnym zaskoczeniem. Takim, które już przy pierwszym odsłuchu sprawia, że zaciekawienie staje się ekscytacją.

I tak też pisze Powers – zastępuje wcześniejsze dokonania ciekawszymi, przeważnie pięciominutowymi, rozbudowanymi utworami, przy których 17 czy Cannons brzmią niewinnie i dość nieporadnie. To jednak żaden przytyk, bo swoją sypialnianą produkcją The Year of Hibernation rozczulał na długie godziny. Tym razem jednak wokalne echo i syntezatorowy szum został przekształcony, a Trevor Powers wzniósł się na wyższy poziom – zarówno pod względem pisania utworów, produkcji, jak i tekściarstwa.

Proste melodie tworzą teraz skomplikowane wzory, dalej jednak pozostają w przenikaniu się dźwiękowych tematów marzeń i realiów. Często towarzyszą nagraniom wokalne pogłosy, które – podobnie jak syntezatorowy jazgot – narastają z każdą sekundą. W całość Mute co chwila wplata się użyte chwile wcześniej motywy, tworząc muzyczny kolaż, recykling. Solówka przestrojonej gitary tylko go wzmacnia i uwypukla.

Z kolei narastające niespokojnie uderzania w strunę w Dropla ocierają się o grozę, którą poprzedza z pozoru radosny, pełen dzwonkowych ekspresji wstęp. Liczne instrumentarium tworzy też migotliwy, psychodeliczny wydźwięk – szczególnie pod koniec płyty, gdy docieramy do loopów Daisyphobia czy Raspberry Cane. Jedynym mankamentem może stać się cyrkowy pastisz Attic Doctor, który w pierwszej części trwania drażni swoją kreskówkową melodyką.

Ważnym elementem jest tu też fortepian. Klawiszowe tony zazwyczaj zagęszczają atmosferę, a przejawiając się w niezbyt wielu momentach, nie sprawiają wrażenia nazbyt wykorzystywanych. Podkreślają też siłę utworów, której brakowało kiedyś.

Sam Powers też nie ukrywa się za dźwiękami, a raczej działa pewniej i pozostaje na równi z nimi. Jego melodyjny wokal łagodzi mechaniczne porcje zadane w Third Dystopia czy The Bath, którego przypominające koła zębate szczękania przechodzą płynnie w ciepły i pogodny soundtrack. Często też – zamiast swobodnie prowadzić narrację – poddaje się emocjom. Pozostający na granicy wyczerpania Powers, swoim zachrypniętym głosem niemal wykrzykuje mantrę: You’ll never die, co czyni ostatnie minuty Dropla najbardziej charakterystycznym i ekscytującym dokonaniem Wondrous Bughouse, jak i całej twórczości dwudziestotrzylatka. Z pewnością jest to jedna z najlepszych płyt tego roku.

Nie ma więcej wpisów