W historii naszej pięknej planety tylko raz zdarzył się przypadek, gdy ktoś kto umarł, nie do końca pozostał wierny zasadom biologii i przekornie postanowił po paru dniach wrócić do świata żywych. Zdarzyło się to jednak 2000 lat temu. Z tego powodu nigdy nie myślałem, że usłyszę Joy Division na żywo, bo ciężko uwierzyć, że Ian Curtis był drugim wcieleniem Jezusa i zaszyci nas jeszcze swoją obecnością.

Problem zastąpienia legendarnego wokalisty dwa lata temu wziął na swoje barki basista grupy z Manchesteru i wspólnie z zespołem The Light, w którym gra również syn Petera Hooka, wykonuje na żywo utwory Joy Division.

Koncert w krakowskim klubie Kwadrat rozpoczął się około godziny 20:40. Czas oczekiwania na występ wypełnił materiał filmowy będący zlepkiem wywiadów z członkami Joy Division, a później New Order, występów obu zespołów na żywo oraz urywków z filmów Joy Division i 24 hour Party People.

Już na początku koncertu można było poczuć energię. Peter Hook i The Light zaczęli od zagrania dwóch utworów, których nie znajdziemy na track listach studyjnych albumów Joy Division. No Love Lost i Digital zostały wydane jeszcze przed premierą debiutanckiej płyty. Późniejsza set lista to dokładne odwzorowanie kolejności utworów z Unknow Pleasures. Nie można było lepiej jej ułożyć. Z każdym kolejnym utworem czułem niesamowite napięcie i energię, a momentem kulminacyjnym tej części koncertu były – zagrane po sobie – piosenki New Dawn Fades, She’s Lost Control i Shadowplay. Po ostatnim utworze z debiutanckiej płyty – I Remember Nothing – miałem wrażenie, że koncert mógłby się już skończyć. Byłem usatysfakcjonowany tym co usłyszałem. Najlepsze miało jednak dopiero nastąpić.

Po krótkiej przerwie muzycy wrócili na scenę i drugą część koncertu zaczęli od rozpoczynającego płytę Closer – Atrocity Exhibition. Tak jak w przypadku płyty, ta część występu była spokojniejsza od Unknow Pleasures. Brzmienie było mroczniejsze, a na twarzy Petera Hooka widać było większe skupienie. Syn lidera – Jack – zaczął sięgać po sześciostrunową gitarę basową, której sterylna barwa dodawało jeszcze większego napięcia. Klasyczne utwory jak Passover i Colony brzmiały niemal identycznie jak na płycie. Na koniec panowie zagrali kończący płytę utwór Decades i zeszli do garderoby.

Po nawoływaniach publiczności muzycy ponownie wrócili. Tylko na trzy utwory. Ale za to jakie! Gdy zgromadzeniu w klubie usłyszeli pierwsze riffy Transmission, zaczęli coraz żwawiej się poruszać. Moment, w którym fani wraz z Hookiem wykrzykiwali wersy refrenu: Dance, dance, dance, dance, dance to the radio!, był najbardziej szaloną chwilą koncertu. Później wybrzmiało Love Will Tear Us Apart – zdecydowanie mocniejsze, niż na płycie. Podobnie jak w przypadku poprzedniego utworu – publiczność przejęła od Petera Hooka pałeczkę i chóralnym głosem śpiewała kolejne linijki tekstu. Spocony Hook, przed zejściem do garderoby, rzucił w publiczność t-shirtem, pokazując, że mimo pięćdziesięciu siedmiu lat na karku jest w całkiem niezłej formie. Zespół opuścił scenę, a klub wciąż rezonował melodią największego hitu zespołu. Nie można sobie wyobrazić lepszego końca. Ale po paru minutach Peter Hook i The Light wyszli jeszcze raz i zagrali Atmosphere. Po tym utworze wszyscy mogli odejść w ciszy.

Jedynym słabym punktem koncertu było złe nagłośnienie wokalisty. Instrumenty brzmiały znakomicie. Niestety, często zagłuszały śpiew. Nie zepsuło to jednak występu. Wszyscy muzycy perfekcyjnie odtworzyli brzmienie Joy Division. Niektórzy zarzucają Hookowi, że wraz z The Light są jedynie cover bandem. Ja jednak mam zgoła odmienne zdanie i kupuję ten projekt w całości.

Nie ma więcej wpisów