Wzorowanie się na Courtney Love przy Fri-end? posłużyło jako sprawdzenie jak nową riot girl przyjmie publiczność. Wydanie EP-ki Death Proof to już pretekst do nakreślenia nowego wcielenia Nash, która miota się zarówno muzycznie, jak i przy mikrofonie na scenie. A zamiast przyjmować oświadczyny podczas wykonywania jednego ze swoich utworów, pokazuje środkowy palec publiczności.

Odchodzą więc wszelkie porównania do prostej dziewczynki, która wygrywa miłe dla ucha melodie, podkreślone nieco ironiczną, choć naiwną postacią. Tym razem także bywa różnie, lecz zdecydowanie poważniej, co można uchwycić w krzyku All Talk: you have a problem with me ’cause I’m a girl / I’m a feminist and if that offends you, then fuck you.

To radykalne przejście stylistyczne było oczywiście naturalne, bo wysłuchując powtórki z rozrywki, którą (niestety – dla niej jak i fanów) zafundowała przy My Best Friend Is You, można było jedynie postawić na niej krzyżyk. Ten powrót z martwych ubiera w stroje pin-up girl, próbuje uosabiać się z punkowością The Clash czy Iceage (Sister), wreszcie też podnosi swój występ do manifestów feministycznych – pozuje ze swoją świtą, powołując do walki na rzecz power grrrl. To ma swój urok i nie sposób odmówić jej ciekawych form jakie przybiera, zdzierając gardło w Sister czy rapując: you’re trying to tell me sexism doesn’t exist / if it doesn’t exist, then what the fuck is this? / how many boys will it destroy? / how many girls and boys will it annoy w Rap for Rejection. To też ukłon w stronę buntowniczego i odbiegającego stylistycznie od reszty materiału Knock ‚Em Out Lily Allen. Tak jest i w tym przypadku, co wychodzi Kate na dobre.

Brawa dla niej za Are You There Sweetheart?, który przyciąga świeżymi i miłymi dla ucha solówkami gitary wpadającymi w arcticowe dokonania Suck It and See. Podobnie jak w idealnej rozprawie o życiowej stagnacji Part Heart pokazuje, że bez wielkich rewolucyjnych form i przy kolejnych roztrząsaniach problemów – osobowości czy miłosnych – może tworzyć utwory zajmujące, reprezentatywne.

Inne podejście do kompozycji i rozwlekanie swoich dokonań może też przynieść pewne niedogodności. Im dalej w Girl Talk, tym bardziej przeważa zmęczenie kolejną formułą plączącą się pomiędzy romansem z energią i balladowością. Niemal sztuczna perkusja infantylnego OHMYGOD czy aż do znudzenia słodkie Labyrinth i Oh nie zaskakują, nawet nie drażnią – co byłoby jakąś formą oddziaływania. Jej zmieniony wokal, przypominający japońskie artystki w Cherry Pickin, kładzie udany pomysł na utwór, a przeskok ze słownej kołysanki do operowego rozmachu w Lullaby for an Insomniac staje się groteskowy i niepotrzebny. Stąd ukryty gdzieś pomiędzy akustyczny wątek You’re So Cool, I’m So Freaky (gdzie – nawiązując do pewnego soundtracku Karen O – nieco starsze dzieci towarzyszą jej chóralnie), który jest propozycją ciekawą i wyraźną.

Jako całość trzeci krążek Nash prezentuje się wyraźnie lepiej, niż zwiastowały to wszelkie znaki. To wciąż jednak mieszanina treści ciekawych z pretensjonalnością, próba zbudowania z Girl Talk pamiętnego ideologicznego dzieła dla pewnych kręgów. Mogę więc być szowinistą, ale niezależnie od wartości merytorycznej, pod wieloma względami nie jestem w stanie całkowicie uwierzyć Kate Nash.

Nie ma więcej wpisów