Słysząc Iron, miałam w głowie produkcje na miarę Unkle, wyrazisty wokal, ciężkie, masywne dźwięki, przestrzenie wypełnione akustyką połączoną z elektronicznym instrumentem. I jeszcze ta otoczka wirtualnego, komputerowego świata, która przylgnęła do Woodkida po wykorzystaniu wspomnianego wyżej Iron oraz Run Boy Run do gry Assassin’s Creed. Naprawdę, spodziewałam się czegoś więcej.

Tymczasem debiutancki album 30-letniego Yoanna Lemoine jest niczym podróż przez wszystkie możliwe scenerie filmowe, począwszy od pola bitwy, przez futurystyczne kosmiczne przestrzenie, sielskie tradycyjne romansidło, po dramat. Lemoine – znany bardziej jako reżyser niż muzyk – przemyca w utworach sporą dawkę uczuć i ekscytacji. Sam zresztą swoją muzykę nazywa intensywnie emocjonalną.

Jednak tak jak wspomniałam, jest to obraz szarpany, targany wewnętrznym niezrozumieniem. Autor sam nie wie czy chce być panem i władcą, czy pokornym sługą. Czy chce być mrocznym Trickym, czy androgynicznym Anotnym Hegarty.

Nie da się ukryć, iż rzadko która płyta z taką lekkością pobudza nasz umysł i zmysły w taki sposób, jak robi to najnowsza produkcja Woodkida. Ze względu na swoje dotychczasowe dokonania Lemoine potrafi wprawnie budować atmosferę, podtrzymywać tempo, wywierać presję i zarazem w przyjemny sposób nęcić słuchacza.

Jest na The Golden Age parę niezwykłych perełek, jak właśnie Iron, Run Boy Run czy promujący płytę, tegoroczny singiel, I Love You. Jest też podniosły Ghost Lights i majestatyczny Stabat Mater. Tytułowy The Golden Age również przyjemnie rozkręca się w refrenie. The Great Escape brzmi jak soundtrack żywcem wzięty z westernu lub niemej kinowej produkcji. Choć przyjemny, to ucieka od obrazu Woodkida, jaki chcieliśmy na płycie znaleźć. Trip-hopowego, alternatywnego, cięższego. Szkoda więc, że Boat Song, The Shore czy Where I Live trącają popową nutą. Szkoda, że zamiłowanie Yoanna do operowych, orkiestrowych form tak łatwo popada w ckliwe melodie.

Ale to nie jest tak, że pierwszy longplay Yoanna Lemoina jest dziełem złym. Po prostu słysząc jego możliwości, słysząc tę unikatową manierę w głosie artysty, oryginalną mieszankę dźwięków, oczekujemy od niego czegoś więcej. Tymczasem The Golden Age trochę sprowadza nas na ziemię, obnażając naturę pierwszaka, która (podejrzewam) z kolejnym dziełem ulotni się, ustępując miejsca dojrzałej stronie reżysera, wokalisty, tekściarza, producenta w jednej osobie.

Włączając po raz kolejny Iron, wiem, że golden age Woodkida jeszcze nie nastąpił, ale tego, że nadejdzie, jestem pewna na sto procent.

Nie ma więcej wpisów