Otrząśnięcie się z kulturowego szoku poznawczego, jaki serwuje nam poznanie tożsamości stojącej za urokliwym wokalem składu Rhye jest zajmujące. Męski odpowiednik Sade, jak można określić sposób śpiewania Mike’a Milosha, to wbicie szpilki w niewygodne dla wielu tradycyjnych, anty-genderowych umysłów pojmowanie. Jednak to właśnie ten fakt w największym stopniu oddziałuje, pociąga do dalszego poznawania przedstawienia Milosha i Robina Hannibala.

Można podejrzewać, że wszyscy, którzy rozkochali się w brzmieniu The xx, będą oczarowani kanadyjsko-duńską współpracą zawartą na Woman. Tu, podobnie jak przy debiucie wspomnianego trio, wszystko skonstruowane jest prosto, przy użyciu tych samych, dokładnie znanych elementów. Z odpowiednimi proporcjami instrumentalnych smaczków, jakich można się dopuścić, posługując się orkiestrowymi możliwościami (wtrąceń smyków, fletowych pogłosów, eterycznych trąb), kształtuje się atmosfera elegancji i intymności. Przedstawia je jednak w różne sposoby, nie skupiając się tylko na r’n’b (Verse), ale też przywołując jazz-pop lat 80. (3 Days). Trudno również porzucić myśli o muzycznym wzorcu ukrytym w Fall, którego elementy klawiszowe skłaniają się ku geniuszowi Unfinished Sympathy. One of Those Summer Days, najbardziej melancholijny utwór, wydaje się nie mieć żadnych większych aspiracji do bycia komercyjnie zapamiętanym, a Hunger idzie ścieżką disco.

Co więcej, dokładnie tak samo ważna jest równowaga pomiędzy odpowiednim brzmieniem – delikatną pulsacją podkładu – a warstwą tekstową czy wokalną. Magia kontraltu Milosha jest wyraźna, lecz nie dominuje muzyki. Prowadzi nas przez Open, Last Dance czy 3 Days, zachwycając lekkością i porcją słów. Ten ostatni utwór to kopalnia godnych zapamiętania formuł: ooh I’m famished, so I’ll eat your minerals i później like a twisted thief with a mangled glove / it’s just my nature, I ruin love.

Mówiąc o rujnowaniu, można tu przywołać drobne mankamenty zawarte w Shed Some Blood czy utworze tytułowym, który dość niezgrabnie zamyka całość, odchodząc od tematu przewodniego i traktując wokalne wycia wokalisty czymś na kształt 8-bitowego filtra.

Niemniej, Woman wywołuje emocje – nie spiętrza ich, ale serwuje je regularnie, pozwalając cieszyć się dźwiękami niemal do ostatniego momentu. I nie zdziwię się, jeśli następca tego krążka będzie w niewielkim stopniu od niego różny. The xx ta sztuczka się udała i dopóki nieczuli malkontenci nie pojawią się na horyzoncie, Rhye też można wróżyć wielką przyszłość.

Nie ma więcej wpisów