Nazywam się Kavinsky. Tak, tylko Kavinsky, nie potrzebujecie znać mojego imienia. Nie jestem zwykłym obywatelem tego padołu łez, powróciłem do niego dokładnie 20 lat po tym, jak zginąłem w niewyjaśnionych okolicznościach, prowadząc swoje ulubione czerwone Ferrari Testarossa. I to właśnie zjawa tej wyjątkowej maszyny przywróciła mnie temu światu jako nieumarłego, jednocześnie skazując na wieczną tułaczkę w poszukiwaniu utraconego dawno temu uczucia. Aby ulżyć swojemu cierpieniu, tworzę muzykę przypominającą to co znam i pamiętam z filmów, w których grałem w latach osiemdziesiątych.

Moja pierwsza płyta długogrająca (czy jak to tam się dzisiaj nazywa) obejmuje utwory, które napisałem od roku 2006 do dnia dzisiejszego – przyznam, że jej wydanie jest nieco spóźnione. French-touch, jakiego na niej uświadczycie, świętował triumfy jakieś trzy lata temu. Zimne, przesterowane syntezatory, pochodzące w większości z legendarnej Yamahy DX7, przebijają kompozycje niczym wyładowania elektryczne niebo podczas sztormu stulecia. W produkcji albumu pomagał mi znajomy po fachu, SebastiAn, więc, całe szczęście, te brzmienia w stylu vintage mają odpowiednią głębię. Mam wrażenie, że moje doświadczenie w kinematografii sprawiło, że muzyka, którą piszę też idealnie nadaje się do ilustrowania ruchomych obrazów. W końcu sztandarowy singiel z albumu, czyli opowiadający o bolesnej nocy, kiedy nawiedziłem swoją dziewczynę Nightcall przyniósł mi największy rozgłos po pojawieniu się w filmie Drive. Z kolei znakomity, że tak nieskromnie nadmienię, Protovision, w którym apokaliptyczna gitara przeplata się z wzorowanym na ryku silnika mojej Testarossy syntezatorze, został opatrzony teledyskiem rodem z lat mojej nieodżałowanej kariery filmowej. Przynajmniej odczarowałem zakończenie mojego ulubionego Bullitta.

Ale nie samymi singlami człowiek żyje (lub, w moim przypadku, nie żyje). Na płycie znalazły się również kawałki, które możecie znać z moich poprzednich EP-ek: skradający się, niepokojący Deadcruiser czy migoczący arpeggiami, taneczny hymn ku czci mojego Ferrari – Testarossa Autodrive. Wyjątkowo udał mi się dramatyczny Rampage, który również świetnie zabrzmiałby jako podkład do jakiegoś niebezpiecznego filmowego pościgu. Nie zabrakło też kolejnych gości wokalnych, z czego nie jestem jednak do końca zadowolony. O ile mocno przerobiony głos w Odd Look dodaje temu utworowi pewnej rzewności i równoważy zimne dźgnięcia syntezatorów, to już Havoc, który uparł się, żeby rymować o jakichś waszych dziwnych wynalazkach w stylu Księga Twarzy czy inny Tweeter, nieco psuje klimat utrzymanego w stylistyce gangsta rap, powolnego Suburbia. Tak naprawdę najlepiej brzmią soulowe wokalizy z First Blood.

Z perspektywy czasu powiedziałbym, że jestem szczególnie dumny z jednorodnej atmosfery, jaką uzyskałem na albumie. Większość numerów przywodzi na myśl deszczową noc w bezimiennej metropolii, co wzbudza we mnie pewną nostalgię. Myślę jednak, że nieco przesadziłem ze spójnością, bo nawet sam często mam problemy z odróżnieniem niektórych z utworów. Gdybym miał dać sobie ocenę w skali jeden do dziesięciu, to byłaby to prawdopodobnie mocna siódemka. Od wyższej oceny dzieli mnie fakt, że nie wykorzystałem okazji, żeby nadać całej płycie bardziej przemyślaną, zróżnicowaną strukturę, która przypominałaby bardziej filmową narrację. Nie wystarczyły do tego mówione intro i outro. A teraz wybaczcie, mam trochę oponowego bieżnika do spalenia. Więc jeśli zobaczycie na drodze czerwoną Testarossę – radzę zjechać na pobocze, bo jako dręczony romantycznymi rozterkami bohater nie ręczę za pewność w prowadzeniu wozu.

Nie ma więcej wpisów