Najlepszą reklamą koncertów islandzkiego kwartetu Bloodgroup jest fakt, że ludzie z publiki zgromadzonej w warszawskim Basenie 9 kwietnia, zapytani o to, który raz widzą ten zespół na scenie, nie potrafili podać dokładnej liczby. Sam mogę się podpisać pod tym stwierdzeniem, a nie latam w tym celu na Islandię. Fakt faktem, że albo to oni ukochali sobie Polskę, albo polska publiczność ich, jako że przez ostatnie kilka lat zagrali około dziesięciu koncertów w naszym kraju, ale o tym przeczytacie poniżej, w krótkim wywiadzie na jaki udało mi się namówić Ragnara i Sunnę.

Z lekkim, tradycyjnym już w Basenie poślizgiem na scenę wszedł rozgrzewający przed główną atrakcją wieczoru Baasch z zespołem. Od dłuższego czasu obserwuję jego poczynania i kibicuję jego karierze, ale to był pierwszy jego koncert z nowym, rozszerzonym składem, którego miałem przyjemność posłuchać. Razem z Bartkiem zagrali Iza Lamik (syntezatory), Robert Alabrudziński (perkusja) oraz połowa duetu producenckiego Bueno Bros. – Arizona Loner (elektronika). Trzeba przyznać, że wyszło mu to na dobre – potężne brzmienie żywej perkusji ociepliło zimne, syntetyczne brzmienia znanych z EP-ki Simple Dark Romantic Songs numerów, a nowym utworom nadało charakterystycznej motoryki. Baasch zaprezentował, jak zwykle zresztą, znakomitą formę wokalną, chociaż miałem wrażenie, że podczas koncertu przydałby się chociaż cień interakcji z publiką. No cóż, może introwertyczne piosenki powinno się właśnie w ten sposób wykonywać.

Po krótkiej przerwie na przepięcie sprzętu nadszedł czas na Islandczyków. Ciekawość widzów wzmagał fakt, że nowa płyta, Tracing Echoes, różni się dosyć znacznie stylistyką od poprzednich dokonań zespołu. Sam byłem zaciekawiony, jak chłodne pasaże albumu zostaną przetłumaczone na potrzeby sceniczne. Okazało się, że dla chcącego nic trudnego. Masywne, syntezatorowe basy i przesterowane solówki grane przez Ragnara na keytarze zostały przełamane emocjonalnymi wokalizami Sunny i Janusa, którzy wymieniali się przy mikrofonie, a momentami tworzyli świetnie zgrany duet. Usłyszeliśmy wszystkie utwory z nowego albumu oprócz zamykającego go Mysteries Undone. Złowieszcze harmonie nowych utworów wypełniły Basen szczególną atmosferą. Wybrzmiały singlowy Fall, genialny Cut Out Your Tongue, punktowany przejmującym refrenem w wykonaniu Sunny, a na koniec głównej części koncertu usłyszeliśmy przedłużoną wersję znakomitego Indefinite, która spowodowała na widowni niekontrolowane pogo. Nie samym nowym albumem jednak człowiek żyje i rozumieją to doskonale także muzycy. Największy aplauz zebrały utwory z Dry Land, w tym niezapomniane My Arms czy dynamiczne Overload i śpiewane wraz z publiką This Heart.

Prawdziwe szaleństwo rozpoczęło się jednak wraz z bisami. Mimo mrocznego klimatu nowych utworów, dobra energia płynęła między sceną a niecką basenu wiadrami. Jak łatwo się domyślić, dodatkowy zestaw utworów na bis został oparty głównie na starych kawałkach, a skaczący po scenie i zachęcający publiczność do szaleństwa Janus znalazł się w swoim żywiole. Za jego namową cała sala skakała w rytm uzupełnionego o dubstepowe outro, podniosłego Red Egypt i ultratanecznego Chuck z pierwszej płyty zespołu. Kiedy, po uprzednim ukłonie, Bloodgroup po raz drugi zeszli ze sceny, miało się wrażenie, że koncert był za krótki. Jednak po policzeniu zagranych utworów i przemnożeniu wszystkich rozbudowanych partii, okazało się, że Islandczycy dali z siebie naprawdę wszystko – grali aż półtorej godziny. Po takiej dawce energii i świetnej muzyki jednego jestem pewien – moja obecność na piątym koncercie Bloodgroup z kolei będzie obowiązkowa.

Po koncercie udało mi się złapać Ragnara Jónssona i Sunnę Þórisdóttir i zadać im kilka pytań.

musicis.pl: Tracing Echoes to album zdecydowanie mroczniejszy i surowszy od poprzednika. Nie baliście się, że zaważy to na odbiorze Waszych koncertów?
Sunna: Napisaliśmy ten album bardzo naturalnie, nie myśląc o jakichkolwiek dalszych celach. Jeśli jest mroczniejszy i bardziej odhumanizowany, to właśnie taką muzykę chcieliśmy stworzyć.
Raggi: Myślę, że mogę powiedzieć w imieniu całego zespołu, że tak jak kochaliśmy obie wcześniejsze płyty, tak Tracing Echoes jest dla nas wyjątkowo bliskim albumem. Włożyliśmy w niego dużo osobistej energii i emocji. Wydaje mi się, że publiczność czuje takie rzeczy, co zresztą widać było dzisiaj. Zresztą polska publiczność zawsze zgotowuje nam najgorętsze przyjęcie. Nadal wspominamy nasz pierwszy koncert w Polsce jako przełomowy.

musicis.pl: Jak wyglądała praca nad albumem? Macie jakiś konkretny sposób pisania i nagrywania numerów?
Sunna: Wygląda to tak, że chłopaki piszą całą muzykę sami, a później zabieram się za ten materiał ja i piszę swoje teksty, dopisuję melodie. Tak powstał na przykład Nothing Is Written in the Stars, który na początku był bardzo popową, rozrywkową piosenką. Poszłam z moimi pomysłami do Raggiego i zapytałam: Możemy z tego zrobić coś kompletnie innego?
Raggi: Tak, często jest tak, że Sunna dodaje utworom tego nieuchwytnego czegoś. W przypadku tej piosenki to ona wykreowała tę jazzową, zadymioną atmosferę. (do Sunny) W końcu przydały Ci się te studia z jazzowej wokalistyki (śmiech)! Moim osobistym faworytem jest A Threat, który otwiera cały album. To pierwszy utwór, do którego dograliśmy żywe bębny i tak nam się to spodobało, że większość perkusji, którą słychać na albumie jest prawdziwa. Na imprezie towarzyszącej premierze albumu grał z nami koncert Thorvaldur Thorvaldsson, perkusista Jónsiego – szkoda, że nie mogliśmy przywieźć go ze sobą dzisiaj.

musicis.pl: Sunna, grasz z zespołem od ponad dwóch lat i do tej pory śpiewałaś głównie teksty napisane przez Lilję (poprzednią wokalistkę) i Janusa. Wolisz śpiewać swoje własne teksty?
Sunna: Zdecydowanie, jeśli śpiewasz tekst, który napisałeś sam, to jesteś w stanie o wiele bardziej zaangażować się w przekazanie zawartych w nim emocji. Tak było na przykład z Cut Out Your Tongue, który został przyniesiony mi jako gotowy kawałek, a ja napisałam do niego inny refren. Niektórzy fani mają nam za złe, że nie gramy już takich numerów jak Hips Again albo Moving Like a Tiger, a sprawa jest prosta. Po prostu nie czuję tych tekstów, a w dodatku stylistyka tych utworów kompletnie nie pasowałaby do zestawu, jaki gramy na tej trasie. Musielibyśmy je kompletnie przerobić. Tak zrobiliśmy na przykład z Red Egypt, dopisaliśmy do niego całą drugą część i dodatkowy tekst.

musicis.pl: Jak wytłumaczycie swoją wyjątkową więź z Polską? Macie tu jakichś znajomych muzyków, czy może Wasza muzyka ma tu lepszy odbiór?
Raggi: Nie mamy znajomych zespołów z Polski, a podrzucisz mi jakieś? Właśnie szukam nowej muzyki do busa (śmiech). Myślę, że dużo w tym zasługi naszej polskiej pani menedżer, która niezmordowanie promuje w Polsce naszą muzykę. A poza tym, kochamy ten kraj. Przedwczoraj byliśmy w Poznaniu – uwielbiam to miasto! Bardzo lubię też Białystok, z którym wiąże się zabawna historia. Kiedy graliśmy tam na festiwalu, lądowaliśmy w Warszawie i kiedy dojechaliśmy na miejsce, okazało się, że cały mój sprzęt zniknął. Ustaliliśmy, że lotnisko zagubiło bagaż, w którym miałem swoje syntezatory i bez większej nadziei zapytałem organizatora, czy mógłby w jakiś sposób zdobyć dla mnie zamienniki. Ku mojemu zdziwieniu, po kilku godzinach facet przyniósł mi dokładnie te modele, o które prosiłem! Co prawda musiałem spędzić pół dnia na wpisanie w nie swoich firmowych brzmień, ale zagraliśmy ten koncert bez najmniejszego problemu. Następnego dnia odnalazł się mój bagaż – chyba Polska przynosi nam szczęście (śmiech).

Nie ma więcej wpisów