Swoją ósmą płytą Devendra Banhart udowadnia, że czasem nie warto silić się na wymyślny, ekstrawagancki eklektyzm. Mimo że na Mali jego styl pozostaje właściwie niezmieniony, w dalszym ciągu udaje mu się poruszyć słuchacza i wprowadzić go w prawdziwy muzyczny błogostan.

Rezygnując z freak-folku, Amerykanin przerzuca się raczej na low-fi, stawia na minimalizm, kompozycje buduje głównie na klasycznej gitarze. Ale prawdziwą osią całego albumu jest wokal Banharta, często utrzymujący się na granicy szeptu, w wolniejszych balladach kołyszący i szemrzący, innymi razy głośniejszy, z charakterystycznym dla siebie tembrem. Brzmienie jest proste, szczerze, wyraźnie osadzone w wenezuelskich korzeniach muzyka. Przekonamy się jednak, że Für Hildegard von Bingen czy Cristobal Risquez podszyte są wyraźniejszym beatem, synthowym pokładem jak z lat 80. Your Fine Petting Duck wykonuje natomiast nagły zwrot i zaskakuje dyskotekowym aranżem. Inne niespodzianki, jakie przyjdzie nam odnaleźć na Mali, to swoista zabawa konwencjami, muzyczna intertekstualność. Mamy hołd Beatlesom na Won’t You Come Over (now shake it out, baby, twist and shout), wspomnienie o Suede w Daniel czy wreszcie subtelną inspirację kołysanką Hush, Little Baby w A Gain.

Oczywiście Devendra wciąż chętnie powraca do tradycji Ameryki Łacińskiej. Mi Negrita to typowa (wyśpiewana oczywiście po hiszpańsku) serenada oparta na rytmice bossa nova i trudno uwolnić się od wrażenia, że chórki w tle wygrywane są przez mariachi. Banhart w dalszym ciągu czerpie też z psychodelii, jego Won’t You Come Home jest jak senny tripping na silnym odurzeniu. Ostatnią stylistyczną niespodziankę przynosi końcowe Taurobolium, które zaskakuje groovem, mocnym basem, a cały utwór fantastycznie swinguje.

Lirycznie Mala to album słodko-gorzki, historia mężczyzny, który przyznaje się do wszystkich swoich grzechów, słabości i namiętności. Z rozbrajającą bezradnością śpiewa o błędach, które będzie powtarzał i o kobietach, które jeszcze przyjdzie mu zranić i porzucić. Z nonszalancją i kokieterią mówi wprost o tym, jak koszmarny z niego chłopak. Jeśli w Devendrze zostało coś z freak-folku, to chyba właśnie w tekstach. Co chwila zaskakuje przewrotnymi porównaniami. W jego świecie miłość jest czymś dziwnym, wręcz odrażającym (sic!).

Dojrzalsze, bardziej stonowane oblicze Devendry Banharta jest równie urzekające jak jego początkowe wcielenie. Mala na pewno sprawi, że z chęcią sięgniemy po wcześniejsze nagrania (a jest w czym wybierać). Jeśli do tego wszystkiego dodać nadchodzący występ na tegorocznym Open’er Festival, chyba trafiliśmy na muzyczny jackpot.

Nie ma więcej wpisów