Kobiecych indywidualności w muzyce nigdy za wiele. Niedawno miałam przyjemność przedstawić Wam sylwetkę niezwykle eterycznej Vanessy Upson aka Violetness, teraz przyszła kolej na bawiącą się popem Andi Kristins.

Urodziła się wiosną w Reykjavíku. Jej prawdziwe nazwisko to Andrea Kristinsdottir. Pewnego dnia wsiadła do samolotu, aby zamieszkać z rodziną w Stanach Zjednoczonych, po czym znów powróciła do ojczyzny. Nie zagrzała tam zbyt długo miejsca – mieszkała w Kenii, Zimbabwe, Pakistanie, Japonii, aby osiedlić się na stałe w Nowym Jorku. Wśród osób, które ją inspirują wymienia m.in. Alberta Einsteina, Woody’ego Allena czy Marlenę Dietrich. W rubryce brzmi jak możemy wyczytać: stare radia, gorące, topiące się masło na toście, herbata, świeczki o zapachu waniliowym, jesienne liście, rzeczy, których nie rozumiem, szepty, deszcze równikowe, dzień w łóżku i ukochane osoby.

Zainteresowała się muzyką, bo podobało jej się to, że mama była skrzypaczką. Jej dziadek był dyrygentem islandzkiego chóru. Pierwsze skrzypce dostała w wieku dwóch lat i zaczęła grać na nich natychmiastowo. Na początku mama zabierała ją w trasy koncertowe w charakterze pomocy przy przewracaniu stron zeszytu nutowego. Później grały podwójne koncerty, a Andi uczyła się gry na innych instrumentach.

Andi Kristins ma na swoim koncie dwie EP-ki, najnowsza – ANTON – ukazała się tego roku i zawiera dwie lekkie, elektropopowe, przyjemne dla ucha kompozycje.

Obecnie Andi powierzyła los swojego najnowszego teledysku w ręce crowdfundingu. Zbiera pieniądze na zrealizowanie klipu do najnowszego utworu. Release You znajdzie się na kolejnej EP-ce, która ma być ukłonem w stronę jej muzycznych korzeni i hołdem złożonym jej dziadkowi, który zginął na morzu podczas sztormu.

Kibicuję artystce, aby osiągnęła swój cel. Do tego czasu możemy cieszyć się kilkoma utworami, które zapoczątkowały jej muzyczną drogę.

Nie ma więcej wpisów