Po monotematyczności jaką prezentował Angles, tutaj te najmniej dynamiczne kawałki sprawiają właśnie największą radość. Jeśli tylko radością można nazwać zauważenie, że jakimś trafem The Strokes przestali toczyć się z zawrotną szybkością po równi pochyłej. Jednak po dwóch równie żenujących albumach, jakie poprzednio wydali, trudno w ogóle wierzyć, że ich twórczość znowu zachwyci publikę przebłyskami pomysłowości.

A to w dalszym ciągu rzecz nieosiągalna dla ludzi, którzy przez lata spoglądania we własne lustrzane odbicie, przegapili wszystkie najlepsze muzyczne indie-momenty. Naprawdę nie chodzi już nawet o próbę przywrócenia zespołu odpowiedzialnego za Is This It?, która spełzałaby po niczym. Bardziej o jakość dokonań.

Nie próbując dalej wzorować się na U2 i magii przebojowości Franz Ferdinand, wybierają raczej kiepską ścieżkę, którą wytorowali sobie The Killers i zebrali lepsze korzyści niż w Chances próbują The Strokes. Ale to, prócz ciągłego powtarzania się i wątpliwych prób wyciągnięcia czegoś dobrego z wcześniejszych albumów (Happy Ending, All the Time), nie jest największym grzechem na Comedown Machine.

Najmniej ciekawie wypada sam Casablancas, który stara się być artystą wielozadaniowym, wokalistą wszechstronnym. Podkopuje swoje możliwości wokalne, strojąc sobie żarty – udając punkowego bohatera (50/50), emanując nieznośnym falsetem na tle dyskotekowego cierpienia (One Way Trigger), wreszcie wywracając proporcje między energią a spokojem wokalu (Welcome to Japan). Lepsze efekty przynosi balansowanie sennego głosu Juliana na granicy słyszalności. A wraz z tym pojawia się prostota riffów (Tap Out), lekkość melodyki, a w pewnych przypadkach nawet nostalgia (80’s Comedown Machine).

To nic odkrywczego, ale w kilku przypadkach działa. Nie na tyle jednak, by ktoś – prócz najzagorzalszych fanów, którzy kwartet z Nowego Jorku dalej traktują jak bogów – mógł zachowywać uśmiechniętą twarz i idealizować każdy kolejny element zarówno tego wydawnictwa, jak i wszystkiego co wychodzi spod rąk The Strokes. Ale to i tak najlepsze co Casablancas i spółka zrobili w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Comedown Machine lokuje się dokładnie pośrodku całej dyskografii The Strokes, ale w tym wypadku nie należy tego odbierać jako nadmiernego pozytywu i możliwości beztroskiego spoglądania w przyszłość.

Nie ma więcej wpisów