Każdy zna M83, ale nie każdy słuchał ich płyt wydanych przed Saturdays = Youth. Nicolas Fromegeau (mastermind Team Ghost) był współautorem najlepszych albumów: Dead Cities, Red Seas & Lost Ghosts i Before the Dawn Heals Us. Potem były niesnaski, trochę narkotyków, separacja, a w końcu rozwód z Gonzalezem. Fromeageu musiał odejść. Nie miał żadnego dyplomu. Pracował w supermarketach, kiedy jego eksżona była w trasie po Ameryce. Milczał długo, bo do roku 2010, kiedy wypuścił You Never Did Anything Wrong to Me.

Najbardziej prozaiczną (ale i najbardziej prawdopodobną) przyczyną odejścia Fromageau z M83, byłoby rozminięcie się muzycznych wizji. Saturdays = Youth to album w całości poświęcony jasnej stronie życia, wspomnieniu sielskich letnich sobót spędzonych na podrywaniu dziewcząt. Najświeższe Hurry Up, We’re Dreaming to ucieczka do krainy snów i dziecięcej beztroski. Naprzeciw nim postawmy pierwszą EP-kę Team Ghost (wystarczy spojrzeć na tytuł i nazwy poszczególnych utworów, aby zauważyć zwrot ku ciemnej stronie) i omawiany longplay. Synteza mroku (Fromageau) i światła (Gonzalez) uraczyła nas albumami wybitnymi. Ale już na Before the Dawn Heals Us była dostrzegalna dominacja Anthonego, który wolał eksplorować rejony epickości. Mimo to, Fromageau potrafił podszyć ten album pewną charakterystyczną dla niego tkliwą dozą smutku. Zdając sobie sprawę z tych różnic będących kwestiami podstawowymi, tamto rozstanie nie mogło dziwić. Doszłoby do niego prędzej czy później.

Łatwo jest popełnić błąd i wywindować minialbum ponad longlplay. Okrojona forma zmusza do intensyfikacji treści i muzycznej jakości. Mając w pamięci fonograficzny debiut Francuzów o takie uchybienie jest nietrudno. Było to dzieło ze starannie rozłożonymi proporcjami i wyważone, jeśli chodzi o dynamikę i atmosferę kolejnych utworów. Mam na myśli to, że EP-ce łatwiej jest być lepszą. Nie bez przypadku, gdy młody, obiecujący zespół wyda dobrze przyjęty minialbum, stawiane są pytania: czy poradzą sobie z pełnoprawnym albumem, czy udźwigną jego ciężar etc. Spleen samotności, shoegazeowa petarda, francuski ambient, soundtrack do samobójstwa na tle nieodwzajemnionej miłości, powolne zejście ze sceny – to zajawka tego czym było Team Ghost przed Rituals.

Nie będę ukrywał, że kiedy We Won’t Fail zbliżało się do końca, korciło mnie, aby już więcej tej płyty nie odpalić. Żeby zakląć w niej obecny stan ducha, wyostrzoną percepcję zużyć jednorazowo. Każdy wie, jak odbierane są dziewicze kontakty z czymkolwiek, co pobudza nasz estetyczny zmysł. I każdy wie, że to wrażenie bardzo szybko wietrzeje. W czasach gdzie zanika kultura słuchania płyt w całości, zapętlanie jednego singla jest na porządku dziennym, stąd i czas obecności autentycznej ekscytacji skraca się. Bynajmniej nie stawiam tu emocjonalnego odsłuchu nr 1 ponad wykalkulowany i chłodny odsłuch nr 17. Jeśli album jest naprawdę dobry, każdy kolejny kontakt z muzyką będzie podszyty napięciem i ciekawością charakterystyczną dla tego pierwszego razu.

Im dłużej obcowałem z Rituals, tym bardziej zdawałem sobie sprawę z mojego miotania się między pretensjami dla zbyt powtarzalnego schematu budowy większości utworów a radością z przytłoczenia ścianą gitar, gęstym brzmieniem. I chyba moje odczucia pozostaną już ambiwalentne. Natknąłem się na komentarz, mówiący iż otwierające Away brzmi jak b-side M83. Nie można odmówić temu stwierdzeniu prawdy. Skojarzenia z Moonlight, otwierającym Before the Dawn Heals Us, są silne, chociażby w obrębie konstrukcji utworu. Curtains to track, który przeładowany jest agresją, bezsilnością, złością w najczystszej postaci. Uwidacznia się tu miłość Fromageau do Joy Division. Singlowe Dead Film Star najlepiej poznać wraz z teledyskiem. Synergia obrazu z muzyką, zbudowanie suspensu i doprowadzenie do climaxu przebiega tu książkowo. Things Are Sometimes Tragic jawnie nakłada się na Echoes z pierwszej EP-ki, z różnicą w wokalu i rozszerzeniu utworu o prawie trzy minuty (zarezerwowanych dla dance’owej rytmiki, która przywodzi na myśl tą z Couleurs nagranego przez Anthonego już po rozwodzie).

Album wyraźnie dołuje przy najbardziej indie-rockowych kawałkach, czyli Fireworks i Motreuil. Skojarzenia z Bloc Party czy The Pain of Being Pure at Heart są jak najbardziej na miejscu. Z kolei Blood i Pleasure That Hurt to kwintesencja wszystkich atutów Team Ghost. To o czym mówiłem wcześniej w kontekście minialbumu, tutaj możemy zastosować w obrębie jednego utworu – intensyfikacja treści muzycznej, emocjonalnej. Break na wysokości 1:31 w Pleasure… z krótką frazą I sink… jest najlepszym punktem kulminacyjnym zbudowanym przez Francuzów. Potem jest już tylko głośniej, smutniej, dokładane są kolejne elementy potęgujące przytłaczające brzmienie, co prowadzi do dziwnego rodzaju wyczerpania  fizycznego i psychicznego, cały czas pamiętając o tym, że utwór opowiada o narkotykowym uzależnieniu. Prawdopodobnie w niemal każdej recenzji tego albumu będzie przywołany kontekst M83, ale sami są sobie winni, pisząc takie linijki jak Before the dawn...

Skonfrontowanie treści Rituals z jej okładką warte jest nie tylko osobnego akapitu, ale i tekstu. Członkowie zespołu trwają w bezruchu otoczeni cienkim nimbem zamierzchłych czasów, z częściami średniowiecznych zbroi rycerskich na sobie. Na trzech podestach pokrytych atłasowymi tkaninami leżą przedmioty zestawione w pary. Szklana kula, zajmuje miejsce obok zdjęcia dziewczyny, która dopiero co zobaczyła swoją przyszłość. Czaszka leży przy stosie płatków róż. Najbardziej niejednoznacznym zestawieniem jest lampa (Alladyna?) i coś na kształt małej rzeźby mózgu (równie dobrze może to być karafka z krwią i kamień niezbędny do wykonania jakiegoś rytuału). Między każdą parą przedmiotów zachodzi ścisła relacja (rytuał), który ma znamiona fatum. Trzech członków zespołu ubranych jest w oficjelskie stroje, kiedy pozostali dwaj łączą casualowy styl z częściami zbroi. Oficjele wystawieni są na działanie rytuałów, ponieważ nie wierzą w ich sens i działanie. Casualowcy są bezpieczni. Jednak jeden z nich wyraźnie waha się. Jego osoba łączy dwa mikroświaty (jest oficjelem z częścią zbroi). Dłoń w blaszanej rękawicy spoczywa na klepsydrze. Wygląda, jakby zastanawiał się, czy chce przekonać się, co się stanie, gdy ją odwróci. Czy bezpieczniej jest trwać w ułudzie powierzchownie bezpiecznej, czy poznać przynajmniej iluzję prawdy? Czy warto mieć taką sprawczą moc? Nimb wokół nich jest dowodem, że są tylko marnymi zjawami, majakami, czymś nierealnym, ale jednak obecnym w codziennym życiu. Inną kwestią jest zdolność ich dostrzeżenia.

Interpretacja We Won’t Fail jako obietnica na przyszłość, mimo że jawnie pretensjonalna, jest kusząca i ma swoją zasadność w zawartości albumu. Chciałbym wierzyć, że Team Ghost wypuścili debiut, który jest jedynie zapowiedzią czegoś jeszcze większego. Może Fromageau powinien nie oddawać innym kompozytorskich obowiązków? Może trzeba mu poznać nową przyszłą żonę? To ja czekam. Na dobry moment. Obiecują się nie spalić.

Nie ma więcej wpisów