Każda epoka ma swoje ikony. Cały XX wiek to rozwój nowych gatunków, eksperymentowanie. To wtedy ukształtowały się zespoły, które obecnie zaliczamy do klasyków i artyści, którzy już zawsze będą istotni w historii muzyki popularnej. Natomiast czym może poszczycić się XXI wiek? Ciężko określić czy w społecznej świadomości kapele, które tworzą muzykę dzisiaj, będą zapamiętane i słuchane przez następne parę pokoleń, jak to bywa w przypadku nieśmiertelnych Beatlesów, The Rolling Stones, Zeppelinów i wielu innych. Można by tak wymieniać jeszcze długo.

Na pewno zespołem, któremu warto się uważniej przysłuchać, jest Yeah Yeah Yeahs z Karen O na czele. Ich historia rozpoczyna się w 2000 roku – dla niektórych ta data oznaczała nieuchronny koniec świata (o dziwo, później przesunięty na 21 grudnia 2012 roku). Jednak dla artystów z YYYs jest to początek wspaniałej przygody i nie lada gratka dla obserwatorów nowojorskiej sceny rockowej początku XXI wieku. Bo Yeah Yeah Yeahs rozpoczynali od supportowania The White Stripes i The Strokes, by potem szturmem podbić serca słuchaczy i zrobić błyskotliwą karierę. Ich pierwsza studyjna płyta, Fever to Tell, rozeszła się w nakładzie ponad 750 tysięcy egzemplarzy!

Ale wróćmy do początków. We wspomnianym roku 2000 Karen Lee Orzołek (tak, wokalistka ma polskie korzenie!) i Nick Zimmer nagrywają utwory jako duet pod nazwą Unitard, o którym niewiele wiadomo. Dopiero gdy dołącza do nich perkusista Brian Chase, utwory zaczynają posiadać charakterystyczny punkowo-rockowy pazur, który słychać na ich albumach, zwłaszcza tych początkowych. Tak też powstaje Yeah Yeah Yeahs – zespół o dziwacznej nazwie, wziętej rzekomo z nowojorskiego slangu, ale tworzący tak energetyczną muzykę, że bardzo szybko przebija się do świadomości szerszego grona słuchaczy. Już w 2002 roku kapela daje samodzielne koncerty, na których Karen O robi niesamowite show, co do dziś się nie zmieniło. Świadczy o tym chociażby ostatni występ grupy na festiwalu Coachella. Wokalistka wystąpiła w świecącym kostiumie z czarnymi skrzydłami na plecach.

Po serii tych pierwszych koncertów grupy, nadchodzi czas na pierwszy studyjny album – wspomniane Fever to Tell. Krążek odnosi ogromny sukces z hitem Maps na czele. Natomiast energetyczne Date with the Night znajdzie się później na soundtracku brytyjskiego serialu Skins.

Drugi studyjny album pojawia się trzy lata później. Show Your Bones zajmuje drugą pozycję na liście najlepszych albumów 2006 roku według NME. Następnie, po kolejnych trzech latach, pojawia się It’s Blitz! i sam zespół przyznaje, że ten album nieco różni się od poprzednich. Wystarczy posłuchać mojego ukochanego Runaway, by się o tym przekonać. Jednak album nadal trzyma świetny poziom. Warto zwrócić uwagę na fakt, że producentem albumów Yeah Yeah Yeahs jest Dave Sitek, który wyrasta na jednego z bardziej znaczących producentów muzycznych.

Po kolejnym sukcesie znów następują lata ciszy. Wynika to może z tego, że zespół sam w sobie nie jest zgrany. Nie widać tego na pewno na ich występach na żywo, ale każde nagrywanie albumu to udręka i ciągłe ścieranie się ze sobą. Dlatego też każdy z członków kapeli angażuje się również w inne projekty, m.in. Karen O mogliśmy usłyszeć w utworze Go Santigold. Po czterech latach otrzymujemy Mosquito, którego premiera odbyła się w okolicy połowy kwietnia. Słychać, że zespół jest w dobrej formie i wciąż eksperymentuje, sięgając nawet do tradycji śpiewów gospel. Nie pozostaje nic innego, jak czekać, aż Yeah Yeah Yeahs pojawią się w Polsce na którymś z letnich festiwali.

Nie ma więcej wpisów