Można odnieść bardzo pesymistyczne wrażenie, że to już koniec tego z czym uosabiano postać Chrisa Cornera. Nieprzewidywalność i porywczość zaserwowana na The Volatile Times była szokiem, choć w głównej mierze zaskoczeniem w dobrym znaczeniu. Oczywiście  pojawiały się głosy nieprzychylne, jednak podobny status miał trzeci, najbardziej popowy i lekki album, którego dopuścił się Corner. Pewnie dlatego, po licznych eksperymentach i różnym ich odbiorze, piąty album angielskiego muzyka to zlepek wszystkiego co do tej pory przedstawiał projekt IAMX.

I choć w takim razie można by było spodziewać się sięgnięcia po najciekawsze pomysły i przekształcenie ich, przeniesienia na nowy grunt, to trudno znaleźć na The Unified Field znaczące pozytywy, brzmieniowy postęp. Jest wręcz odwrotnie – muzycznie sprawia to wszystko wrażenie odrzutów z poprzednich sesji nagraniowych. Większość ballad, jak chociażby Come Home, jest przeraźliwie pusta, a z powodu swojej wtórności wypada mizernie w porównaniu do tego, co zespół robił wcześniej. A to nie wszystko, bo kolejne eksperymenty zdarzają wymykać się spod kontroli. Niemieckie wtrącenia I Come with Knives brzmią jak wyciągnięte z psychodelicznego porno. Land of Broken Promises, odnoszący się do pewnej folkowości Bernadette, to pijacka romska przyśpiewka, a próba wokalu Screams drażni uszy i staje się nie do zniesienia.

Niewiele też Chris ma do powiedzenia, co rzeczywiście nie zdarzyło się do tej pory często. Powraca, co prawda, z niegdyś sztandarowym tematem religijności (Walk with the Noise) i choć zdarza mu się przebąkiwać o niesprawiedliwościach czy ludzkiej naturze, to jest to jednak tylko cień dawnego storytellingu, jakim niegdyś zachwycał.

Na osłodę pozostaje tylko kilka przyjemnych chwil. Cieszy, gdy Corner powraca do swoich korzeni, trip-hopowych odniesień do Sneaker Pimps w The Adrenalin Room. Do tego można dołożyć ultra melodyjny i świetny refren utworu tytułowego czy umieszczony na końcu albumu Trials, cechujący się nieco innym brzmieniem, ubranym w poruszające dźwięki fortepianu.

Z przykrością trzeba jednak stwierdzić, że Corner wydaje się już być zmęczony ciągłym buntem elit, rozprawami o masowości – pewną konwencją, w której się obracał. Trudno go o to winić, wszystko kiedyś przemija. Jednak wtedy warto się zastanowić, co zrobić ze sobą dalej i czy w takim wypadku można jeszcze ze sceny zejść niepokonanym.

Nie ma więcej wpisów