Mimo że nie jestem ekspertem od brzmień prezentowanych przez tę wytwórnię, to 19 kwietnia w warszawskim klubie Kosmos Kosmos miałem dosyć niepowtarzalną okazję zobaczyć podczas jednej imprezy koncerty pięciu artystów ze stajni rodzimego fyh!records. Scenę kolejno obejmowali Lewe Łokcie, How How, Little White Lies, The Spouds oraz Karate Free Stylers. Kosmos Kosmos, jak zapewne wielu z Was wie, to kameralny lokal o wspaniałym, kolorowym wystroju, który idealnie nadaje się na koncerty mniej znanych wykonawców.

Rozpoczynające stawkę Lewe Łokcie to pochodzący z Częstochowy kwartet składający się z dwóch śpiewających gitarzystów, perkusisty i basisty – czyli standardowy punkowy skład. Muzyka, jaką zaprezentowali w Warszawie, to prościutki kalifornijski punk, momentami przywodzący na myśl co bardziej standardowe dokonania CSS, czasami z kolei ocierając się o najbardziej rozemocjonowane ballady Green Day. Mimo problemów z prądem i kilku potknięć instrumentalistów, widać było, że zespół ma w sobie tę iskrę pozwalającą zakwalifikować ich jako obiecujących debiutantów i nie zwracać większej uwagi na brak głębiej przemyślanych kompozycji. Grali po prostu przyjemną, prostą i wpadającą w ucho muzykę, a najciekawiej wypadł utwór kończący ich występ, czyli opatrzony skandowanym tekstem Cztery.

Najjaśniej świecącą ze sceny formacją okazał się jednak niepozorny skład How How, który w kilka minut zgromadził swoją nietypową muzyką całkiem niezły tłum. Nagrywający w warszawskiej Jerozolimie zespół zaprezentował dosłownie kilka kompozycji, ale ich złożoność, tekstury i nietypowe użycie instrumentów dosłownie wgniotły mnie w ścianę. Dekonstruktywistyczne improwizacje, jakie znalazły się na ich najnowszym wydawnictwie o znamiennym tytule Knick-Knack (z ang.: kolekcja bezużytecznych bibelotów), na żywo zabrzmiały jeszcze bardziej dziwacznie, aczkolwiek wciągały jak nieprzeciętnej mocy bagienko. Można by rzucać porównaniami z takimi składami jak Sigur Rós (szczególnie pod względem wokalnym) czy Peace Orchestra Petera Krudera, ale byłoby to nie bardzo na miejscu, jako że How How najwyraźniej idą przed siebie wyznaczonym niewiadomymi metodami azymutem i nie oglądają się zbyt mocno na dokonania muzyczne reszty świata. Umiejętnie i różnorodnie posługujący się pałeczkami perkusista (Filip Madejski), bez trudu improwizujący saksofonista i klarnecista (Mateusz Franczak) wraz z obsługującym wszelaką elektronikę Adamem Podniesińskim oraz grającym na przepuszczonej przez miriady efektów gitarze i śpiewającym Mironem Grzegorkiewiczem tworzą podczas koncertu zamkniętą strefę dźwięków, w której naprawdę można się zagubić. Jeśli ktoś jeszcze nie zapoznał się z ich twórczością, to traci ważną część polskiej sceny niezależnej.

Następnym zespołem, który pojawił się na scenie okazali się ulubieńcy niezależnej prasy muzycznej, duet (a momentami na scenie trio) Little White Lies. Ich pozbawiony kompleksów, nowoczesny rock’n’roll nie wzbudził we mnie większych emocji w wersji studyjnej i do koncertu podszedłem lekko sceptycznie, ale trzeba oddać im to, że wiedzą, co robią. Kasia Bartczak, znana na scenie nie od dziś, dotychczas kojarzyła mi się z drum’n’bassowym projektem, w którym śpiewała do beatów Radicalla. Jej głosu nie trzeba nikomu zachwalać – świetna, głęboka, a zarazem brudna barwa i niesamowita ekspresja niosą ją na scenie lepiej niż butelka Jacka Danielsa. Z kolei Zbyszek Krenc i jego nieodłączna gitara tworzą mocny fundament harmoniczny i dyktują lekko westernową atmosferę, a jego niski głos jest miłą odmianą na rynku opanowanym przez krzykliwych małolatów. Bez problemu można im wybaczyć pretensjonalne pozy czy miny na scenie oraz zbyt dużą fascynację krainą hamburgerów i olbrzymich samochodów – jak tylko zaczynają grać, to nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z profesjonalistami. W kilku numerach z nowej EP-ki skład zasilał perkusista Bzyku, ale nie będę ukrywał, że to właśnie okraszone industrialnymi beatami z komputera kompozycje podobały mi się najbardziej.

Jeśli już mowa o kompozycjach – to one były najsilniejszą stroną kolejnego zespołu, czyli The Spouds. Ich jazgotliwe, lekko zahaczające o hardcore brzmienie i ciekawy wokalista (który jednak powinien podszkolić akcent po angielsku) przyciągnęły mnie do sceny. Po kilku kawałkach okazało się jednak, że zespół jest nie do końca zgrany (co było również problemem Lewych Łokci) i wykonania tych interesujących kompozycji na żywo nie do końca pozwalają się nimi cieszyć. Myślę jednak, że w przyszłości, wraz z odpowiednim czasem spędzonym na próbach oraz większym doświadczeniem scenicznym, przyjdzie również lepsza jakość wykonań na żywo i będziemy mogli w pełni uświadczyć koncertowej energii The Spouds.

Przyznam się, że występu ostatniej formacji, Karate Free Stylers, słuchałem już raczej jednym uchem, ale zapisali mi się w pamięci jako bardzo rzetelny i zgrany zespół. Nie wytyczają może oni swoim nowofalowym, chłodnym graniem nowych szlaków, ale znowu – ciekawe numery, dobrze ułożone harmonie i autentyczne zaangażowanie w to co robią sprawiły, że słuchało się tego koncertu naprawdę dobrze. Tutaj też były problemy z akcentem wokalisty, aczkolwiek w połączeniu z bardziej równą grą instrumentalistów nie raziły one tak mocno jak w przypadku The Spouds.

Podopieczni fyh!records, którzy zaprezentowali się w Kosmos Kosmos, to kolorowa i różnorodna stylistycznie gromadka, która niedociągnięcia techniczne często nadrabia ciekawym pomysłem. Z takimi artystami jak How How czy Little White Lies na pokładzie nie muszą się oni obawiać o PR – na pewno będzie o tej oficynie coraz głośniej.

Nie ma więcej wpisów