Już od prawie dziesięciu lat Marcus Füreder wypełnia pewna lukę na rynku muzycznym. Sympatię niejednego młodego czy bardziej leciwego słuchacza zjednał sobie, serwując dźwięki rodem wzięte z szykownych lokali z lat 20. ubiegłego wieku. I to jest chyba jego największy sukces – z wdziękiem docierać do każdej grupy, wchodzić na salony wytwornych lokali i na sceny festiwali, łączyć muzykę elektroniczną z ujmującym wokalem i żywymi instrumentami.

Wybaczcie ten poemat na wstępie, ale chyba każdy przyzna, że to co niesie ze sobą nazwa Parov Stelar, to kawał porządnej melodii. Nie ma zapewne osoby, która nie słyszałaby nawet jednego utworu z repertuaru artysty, wcześniejszych Charleston Butterfly, Powder lub nie tak starych Coco czy Hurt.

Obecnie mamy przed sobą pewną kwintesencję jego twórczość, crème de la crème koncertowych występów. Bo Parov Stelar Trio to koncertowa wersja zespołu – występujący na scenie obok Marcusa Jerry Di Monza i Max the Sax.

Na płycie The Invisible Girl tych trzech panów puściło wodze fantazji, pokazało niezwykle barwne dźwięki, modern jazz w najwyższej postaci. Tego albumu nie da się słuchać w domu przy zamkniętych oknach i na przyciszonych głośnikach. Niewidzialną dziewczyną trzeba delektować się w większym gronie, pełnym słońcu, z lampką musującego trunku w ręku.

Trudno jest tak naprawdę płytę ocenić, bo jakość pracy Marcusa Füredera nie podlega jakiejkolwiek dyskusji. Jednak są dwie rzeczy, do których mogę się przyczepić. Jeśli szukacie nowej ekspresji artysty to w The Invisible Girl raczej jej nie znajdziecie. Płyta jest zgrabnie wykonaną powtórką z rozrywki. Nie schodzi poniżej osiągniętego już przez Parov Stelara poziomu, ale i nie zaskakuje, nie odkrywa przed nami niczego nowego.

Drugą kwestią jest pewna jednostajność dźwięków. Z racji, że płyta to hołd oddany instrumentom, wokal tutaj staje się jednym z nich. Ma to wpływ na emocje – przy tym albumie nie przeżywamy nic więcej prócz swoistej egzaltacji. Ktoś może powiedzieć, że taki właśnie Parov Stelar jest. I racja, zgodzę się, że na koncertach ów żywioł jest niesamowity, ale w przypadku LP chciałoby się pewnego zwolnienia, chwili przestoju na zebranie sił do kolejnej dawki swingujących beatów.

Z rozrzewnieniem wspominam klimat donwtempo, jakie niosły wcześniejsze produkcje Marcusa. Tego typu atrakcje cieniem odbijają się w pierwszym utworze La Calatrava, pulsują w At the Flamingo Bar, ładnie bujają nas w La Divina. Reszta to już sam żywioł.

Chociaż przy ostatnich dwóch produkcjach zarzucano artyście nadproduktywność (zarówno Coco, jak i Princess to przecież wydawnictwa dwupłytowe), w przypadku nowego longplaya siostra bliźniaczka Niewidzialnej dziewczyny w wersji lżejszej i spowolnionej byłaby dobrym dopełnieniem całości.

Nie ma więcej wpisów