Oczekiwania wobec Mosquito były wielkie. Wystarczy wspomnieć tylko drogę, jaką przebyło trio, by stać się wulkanem rockowo-elektronicznego eklektyzmu. Pełnym drapieżności, ale i tanecznych odniesień wcieleniem zespołu, który w początkowej fazie swojego istnienia miał zbawić muzyczną scenę rocka. I po części tak się stało, choć w jakże odległym od punkowości kierunku. Cała zawarta w nich nauka i doświadczenie, wraz z domieszką niesamowitej stylistycznej elastyczności, doskonale odnalazło swoje miejsce i czas na It’s Blitz!. Ale również wtedy wiadomo było, że stan ustabilizowania brzmienia nie będzie trwać długo, dlatego kolejna płyta mogła być albo powtórką z rozrywki, albo apogeum twórczości Yeah Yeah Yeahs.

I wygląda na to, że właśnie otrzymujemy odpowiedź, która mieści się w tej pierwszej opcji. Ich czwarty album nie musi być jednak traktowany jako krok w tył w karierze, a raczej pewna przystań, gdzie mamy do czynienia z mieszanką wszystkich dotychczasowych znaków rozpoznawczych grupy.

Choć Karen dalej jest ujmująca w swoim przedstawianiu historii, trudno nie zauważyć, że kolejne twory spod znaku melancholijnych ballad zaczynają być raczej związane z przyzwyczajeniem do stylu zespołu niż dalszym rozwojem. Można więc się tylko cieszyć, gdy zamiast perkusyjnego podkładu słyszymy innowację w postaci odgłosów metra w fantastycznym Subway. Kolejne średnie tempa Under the Earth, Wedding czy mrocznego These Paths – z jakże dziwną końcówką w klimacie Crystal Castles – są propozycjami, których słucha się z podziwem. Nie ma tu żadnych podziałów, w których moglibyśmy wyznaczyć przewodnią rolę poszczególnych członków zespołu – i ta wspólnota jest tutaj siłą.

Z drugiej strony, ten muzyczny spokój burzą kolejne próby, będące w opozycji do niewątpliwej wartości chórów (Sacrilage) i zastosowania dziwnych pogłosów. Świadomość umieszczenia pomiędzy tym wszystkim elementów nadających się na ścieżkę dźwiękową kolejnego filmu z serii X-Files (Area 52) nie działa na niczyją korzyść, bo Yeah Yeah Yeahs nie odmładzają się tą buntowniczą formą, a zarówno taką woltą, jak i poziomem wykonania zostawiają publikę dość zażenowaną. Podobne odczucia oddaje odtwarzanie dźwięków komara w Mosquito wzorowanym na sambie. Ten kicz może w pewnym momencie przypaść do gustu, ale raczej z powodu pewnego patriotyzmu związanego z byciem egzotycznym kuzynem naszego rodzimego disco. W zupełnie skrajnym położeniu zostawia też występ Dr. Octagona w Buried Alive, które brzmi jak bardzo spóźniona odpowiedź na Spite & Malice Placebo, gdzie w podobnej roli słychać Justina Warfielda.

Obszar pewnych muzycznych rozpiętości na Mosquito jest ekscytujący i bolesny zarazem. Epatowanie tymi wszystkimi dziwnościami pod pewnymi względami brzmi może i całkiem ciekawie, jednak nie da się jednoznacznie stwierdzić, że w tym szaleństwie jest metoda. A może jednak, bo niezależnie od tego bliżej jakiej oceny w skali nie postrzegałbym tego albumu (6+ czy 7-), mimo kompletnie nierównego materiału, udało się wszystkim wyjść z tego cało, bez większych ran. Bo to wciąż dobra rzecz, bo to wciąż Yeah Yeah Yeahs. Ale chyba można było spodziewać się więcej.

Nie ma więcej wpisów