Jeśli wstukamy nazwę Patrick the Pan w pewien bardzo przydatny serwis muzyczny, jako jeden z tagów wyświetli nam się love at first listen. Przypadek? Nie sądzę. W debiutanckim Something of an End naprawdę nietrudno się zakochać.

Kiedyś, w celu uleczenia złamanego serca po bolesnym rozstaniu, Justin Vernon zaszył się w leśnej chatce w Wisconsin. Piotr Madej miał do dyspozycji zaledwie przestrzeń domowego pokoju, ale udowodnił, że w takich warunkach też może zrodzić się nastrojowy folk. I to jak nastrojowy. Jest wręcz baśniowy, z tym, że w danym przypadku mamy do czynienia raczej z baśniami braci Grimm. Gdzieś za urokliwymi kompozycjami czai się niesprecyzowany niepokój, a w samym środku pogodnego dotychczas utworu nastrój zmienia się, jakbyśmy z przyjemnego snu spadli nagle w otchłań koszmaru.

Naprawdę dużo się dzieje na tym albumie. Man Behind the Sun niesie ze sobą melancholijną gitarę i wrażliwość Jeffa Buckleya, by pod koniec przerodzić się w ekspresyjną wariację niczym Sit Down, Stand Up. Warm Gold od początkowych taktów sugeruje pewien lęk, wszystko jest tu pokręcone, odrealnione. Fortepianowy The Moon and the Crane w połowie przeistacza się nagle w poszarpaną, nieco synthpopową kakofonię komputerowych dźwięków. Ale już Bubbles jest jak przebudzenie w baśniowym lesie – ptaki świergoczą (dosłownie), a Madej beztrosko podśpiewuje, jakby tylko i wyłącznie dla własnej przyjemności. Świadomie czy też nie, lawiruje między stylistyką takich artystów jak Kings of Convienience, Bon Iver, a nawet Radiohead.

Patrick the Pan to jednak nie tylko wypadkowa tych wszystkich wykonawców. On tworzy swój własny mikrokosmos, zaczarowuje rzeczywistość. Jego muzyczne pejzaże (bo tak to chyba trzeba nazwać) są niezwykle sugestywne. Nawet, gdy rezygnuje z wokali, wciąż udaje mu się podtrzymać błogą, fantasmagoryczną atmosferę, która na wskroś przenika cały album. Jeśli takie perełki rodzą się w dużym pokoju Piotra Madeja, to egoistycznie chciałabym, żeby z niego nigdy nie wychodził.

Nie ma więcej wpisów