Iron & Wine nie męczy, w odróżnieniu od wielu wykonawców grających szeroko pojęte indie. Może właśnie dlatego, że to tylko łatka, którą Samuel Beam przypiął sobie, udostępniając wiele swych utworów na potrzeby serialowych i wampirycznych soudtracków. Jednakże folk w unikalnym wydaniu, będący główną siłą napędową muzyka, nie pozwala go zaszufladkować we wcześniej wspomnianej kategorii. Ta marka  po raz piąty uderza na muzyczny rynek.

Kolejny studyjny longplay Iron & Wine, zatytułowany Ghost on Ghost, ukazał się 15 kwietnia nakładem Nonesuch Records w Ameryce Północnej i 4AD w reszcie świata. Produkcją częściowo zajął się sam Beam, głównym producentem był jednak Brian Deck (współpracujący również z Modest Mouse). Tytuł płyty jest zaczerpnięty ze słów jednego z utworów. Okładka pochodzi z serii fotograficznej Barbary Crane Private Views. Jak na mój gust – zbyt ordynarna. I nawet wyszukana ramka nie załagodzi ostrego kontrastu między łagodną twórczością Beam’a a hedonistyczną scenką rodzajową.

Niewiele ponad dwa lata minęły od czasu Kiss Each Other Clean. W międzyczasie ukazał się album koncertowy – Morning Becomes Electric. Czy 12 nowych kompozycji przynosi powiew świeżości? Na pewno słychać różnicę w stylu i podejściu. Jak mówił sam muzyk, czuł, że dwa ostatnie albumy zawierały dużą dawkę niespokojnego napięcia, którego chciał się pozbyć. Na Ghost on Ghost wszystko jest bardziej luźne, swobodne – Iron & Wine funduje 44-minutową dawkę relaksu. Być może dlatego, że słychać tu silne wpływy heavy jazzu i popu.

Kolejnym wyróżnikiem jest aranż. W tej kwestii muzyk posuwa się coraz dalej. Debiutancką płytę z 2002 roku, The Creek Drank the Cradle, Beam nagrał w sypialni, mając za instrumenty jedynie własny głos i gitarę akustyczną. Dziś podpisuje się potężnym, wręcz orkiestrowym brzmieniem. Zarówno w studio, jak i na scenie, materiał jest bardzo szeroki, wręcz przearanżowany (łącznie z rozbudowaną sekcją dętą). Co w tym wszystkim pozostaje bez zmian, to miękki głos Sama. Przy tej technicznej doskonałości wciąż jest zdolny zaszyć się w mroźnym Wisconsin (Winter Prayers), oddając się samotności i wyobcowaniu. Nawet wśród radosnych ohs and ahs w The Desert Babbler słowa przebrzmiewają znużeniem i melancholią. Wśród studyjnego blichtru jest wciąż miejsce na marzenia, serdeczność i wrażliwość. Przykładem jest choćby odpowiednio zatytułowane, singlowe Joy, które zaczyna się szczerym wyznaniem.

Po ponad dziesięciu latach muzycznej kariery (która nie obyła się bez paru gaf), Beam wciąż pozwala swym piosenkom, by się kształtowały i ewoluowały. Na Ghost on Ghost, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, jest piosenkopisarzem, wystarczająco wszechstronnym, by władować sporą dawkę pomysłów w proste aranże. I nawet jeśli w przypadku kolejnego albumu wystąpi na czele 100-osobowej orkiestry, wciąż będzie budował swoje kompozycje wokół prostych emocji, ze zwodniczo miękkim głosem i słowami, które chwytają ze serce.

Nie ma więcej wpisów