Z Melą Koteluk spotykam się dzień po przyznaniu jej dwóch Fryderyków, w kategoriach Debiut Roku i Artysta Roku. Siedzimy sobie na ławce w okolicy Placu Zbawiciela w Warszawie i palimy papierosy. Czuję się, jakbym znał Melę od lat. Jeszcze wczoraj była gwiazdą wieczoru, a dziś siedzi obok mnie zwykła dziewczyna z Sulechowa, która – tak jak każdy – ma chwile zwątpienia. O tym, jak to jest otrzymać tak prestiżową nagrodę i jak ciężko na nią zapracować przeczytacie w wywiadzie.

musicis.pl: Jakie uczucie towarzyszyło Ci w momencie, kiedy dowiedziałaś się, że otrzymałaś nominacje do Fryderyków?

Mela Koteluk: O nominacjach dowiedziałam się od dwóch przemiłych panów z programu Qadrans Qltury, którzy byli obecni na konferencji prasowej filmu Baczyński, a wcześniej byli na ogłoszeniach nominacji do Fryderyków. Nie miałam nawet pojęcia, że taka konferencja tego dnia się odbywa. I to właśnie oni przynieśli mi tę nowinę. Bardzo się ucieszyłam i natychmiast zadzwoniłam do zespołu – radość w pojedynkę nie ma dla mnie większego sensu (śmiech). Nominacja w kategorii Artysta Roku onieśmieliła mnie, ale szybko przetłumaczyłam sobie, że ma ona symboliczny wymiar i nie ma powodu do lęku.
Wraz z moim zespołem napracowaliśmy się nad albumem Spadochron, zarówno przed jego nagraniem, jak i po jego wydaniu – do dnia dzisiejszego. W międzyczasie zdarzyło się coś niemożliwego do przewidzenia – słuchacze związali się emocjonalnie z piosenkami i zaczęli nas oddolnie wspierać, przekazywać naszą muzykę innym, w konsekwencji czego na nasze koncerty zaczęła przychodzić publiczność. Poczułam, że to, co robimy, ma sens. Jestem dumna ze swojego zespołu, dobrałam skład intuicyjnie z pełnym przekonaniem, że dogadamy się zarówno muzycznie, jak i prywatnie. To bezwzględnie się łączy.

musicis.pl: Jaka była Twoja pierwsza myśl w momencie, kiedy dowiedziałaś się, że otrzymałaś Fryderyka w kategorii Debiut Roku?

Mela Koteluk: Trudno powiedzieć, mój charakter jest tak skonstruowany, że zazwyczaj radość przeplata się ze strachem i jest to u mnie reakcja sklejona (śmiech). Nie liczyliśmy na nagrodę. Dostaliśmy już największą z nich, czyli szczelnie wypełnione kluby podczas koncertów, śpiewającą publiczność. Pracujemy tak, jak zawsze i nagrody nie są celem samym w sobie, lecz skutkiem ubocznym tej pracy.
Nigdy nie odbierałam Fryderyka, człowiek w takich momentach nie panuje nad emocjami (śmiech). Tego wieczoru bardziej byłam przejęta wspólnym występem z Kari Amirian i Skubasem, niż warstwą konkursową. Mieliśmy trudne zadanie połączenia fragmentów naszych utworów i wykonania ich ze specjalnie skompilowanym na tę uroczystość składem. Na scenie byliśmy wspólnie z Robertem Amirianem, Miłoszem Wośko, Robertem Raszem, Jankiem Stokłosą i Filipem Jurczyszynem.

musicis.pl: Po występie odetchnęłaś z ulgą i mogłaś już bez nerwów wyczekiwać kolejnego ogłoszenia?

Mela Koteluk: Dostaliśmy adrenalinowy strzał, zagraliśmy i ulżyło mi. Poszłam na backstage w poszukiwaniu papierosa i stwierdziłam, że nie ma już sensu wracać na galę, ponieważ zostało zaledwie kilkanaście minut do jej końca. Nie chciałam robić zbędnego zamieszania, aż na mojej drodze stanął Staszek Trzciński (współwłaściciel i dyrektor zarządzający STX Records/STX JAMBOREE – przyp. red.) i zawróciłam na salę (śmiech). Emocje we mnie buzowały. Weszłam w momencie kiedy byli ogłaszani nominowani, rozsiadłam się w fotelu i nagle usłyszałam swoje nazwisko. Pierwsza myśl? Nie garb się! Nie ukrywam, że nagroda w tej kategorii jest onieśmielająca.

musicis.pl: A czy to nie jest teraz trochę tak, że spada na Ciebie pewna odpowiedzialność za tę nagrodę? Pewnego rodzaju brzemię?

Mela Koteluk: Nie myślę takimi kategoriami, to droga donikąd. Dostaliśmy Fryderyka, a teraz działamy dalej we własnym rytmie – nic się zmienia. Dystansuję presję, to wszystko z potrzeby utrzymania wewnętrznego spokoju i kreatywnego spokoju ducha, który jest konieczny w momencie tworzenia nowej muzyki.
Tak, jak powiedziałam wcześniej, gdy wychodzę z siebie i patrzę na sprawy z boku, Fryderyk w kategorii Artysta Roku ma dla mnie i mojego zespołu wymiar symboliczny. Byłabym przeszczęśliwa, gdyby ten fakt wzmocnił w działaniach młodych twórców – o to w tym chodzi, by się nie zniechęcać, tylko skoncentrować się na realizacji własnej artystycznej wizji. I nie jest powiedziane, że nikt tego nie dostrzeże – wręcz przeciwnie.
Zaraz po zakończeniu gali zapytano mnie: jak się czuję jako wygrana? To pytanie nie do końca jest trafione, ponieważ ja w ogóle nie postrzegałam tej imprezy w kategorii walki. Muzyka to nie sport, tutaj nie chodzi o wyniki.

musicis.pl: Czy teraz odetchniesz na kilka chwil i zaczniesz świętować sukces?

Mela Koteluk: Jest to dla mnie czas świętowania, ale oczywiście z zakasanymi rękawami. Dziś od rana jestem na nogach, mam jeszcze próbę o 22:00. Wszystko biegnie swoim rytmem. Za moment wolny weekend, będzie chwila na zaczerpnięcie powietrza nad wodą, przy ognisku, pod namiotem.

musicis.pl: Jesteś w ciągłym biegu?

Mela Koteluk: Tak, żyję intensywnie, ale raczej nie odbiegam od normy. Pracuję, tworzę muzykę i zajmuję się na co dzień sprawami związanymi z domem. Robię zakupy na bazarku, kwiaty na giełdzie i zamiotę klatkę schodową, jeśli trzeba.

musicis.pl: Czy sąsiedzi wiedzą, kto zamiata tę klatkę schodową?

Mela Koteluk: Czy chcesz zapytać, jak radzę sobie z popularnością? Ja popularności w swoim życiu nie odczuwam, poza koncertami, na które przychodzą ludzie i śpiewają z nami Spadochron. Do takiego stopnia, że gdy byłam na kiermaszu przed świętami wielkanocnymi i dziewczynie, która stała vis-à-vis mnie, zadzwonił telefon z ustawionym dzwonkiem Melodii ulotnej i ona w ogóle mnie nie poznała, mnie niezręcznie było ją zaczepić i się przedstawić. I bardzo się z tego cieszę. My muzycy wypowiadamy się przez swoją twórczość i niech tak zostanie. Z wykształcenia jestem medioznawcą i wiem, jak niektóre media działają – czasem to dużo narośniętego jak huba mitu.

musicis.pl: Opowiedz mi o swoim pierwszym koncercie po wydaniu płyty Spadochron. Co wtedy czułaś?

Mela Koteluk: To jest historia jak z filmu sensacyjnego. Pierwszy koncert po wydaniu płyty miał miejsce 24 maja 2012 roku w radiowej Trójce. Zostaliśmy rzuceni od razu na głęboką wodę. Koncert w mojej umiłowanej rozgłośni radiowej, rejestrowany i retransmitowany. Byłam kompletnie nim zestresowana, ponieważ wcześniej nie mieliśmy okazji zagrać całego materiału od a do z. Zagraliśmy i przeżyłam. Wtedy zrozumiałam, że warto przeskakiwać nerwy dla publiczności, która przychodzi posłuchać muzyki. My, jej przekaźniki, musimy być czyści. Trema zawsze będzie istnieć, ale niech będzie wyłącznie motywująca.

musicis.pl: To musiała być dla Ciebie niezła szkoła, nieprawdaż?

Mela Koteluk: Niezła szkoła to jest moje drugie imię. Ja powinnam mieć tak na nazwisko. Mela Niezłaszkoła albo Mela Głębokawoda. Tak sobie czasami myślę nad swoim życiem zawodowym i osobistym, i stwierdzam, że zawsze jestem rzucana na głęboką wodę.
Radzić sobie z tym nauczył mnie mój ojciec. Wiesz, jak nauczyłam się jeździć na nartach? Zabrał mnie orczykiem na górę i tam powiedział: jedź! Pojechałam na strzałę i szukałam po drodze swojej techniki. Podobnie było przy nauce pływania. Tak jest chyba także w przypadku Fryderyków. Czuję, że zostałam rzucona na głęboką wodę.

musicis.pl: Kiedy wracasz do Sulechowa, to jakie to jest teraz uczucie?

Mela Koteluk: Nic się w tej kwestii nie zmieniło. Co prawda, bywam tam rzadziej, niż wcześniej, ale wciąż czuję się tam jak w domu. Moja babcia na przykład specjalnie na mój przyjazd robi pierogi z grzybami. Gdy przyjeżdżam na tak krótko, rodzina mnie rozpieszcza, w takim czułym aspekcie. Pomagają mi czasem zwolnić.

musicis.pl: Czy miałaś kiedyś chwile zwątpienia? Przemknęło Ci przez głowę, że się do tego nie nadajesz?

Mela Koteluk: Oczywiście, że tak. Miałam w swoim życiu długie okresy stagnacji muzycznej i zastanawiałem się, czy ja się do tego tak naprawdę nadaje. Czy ja mam odpowiedni do tego charakter. Dla mnie największym priorytetem jest granie koncertów i spotykanie się ze słuchaczami. Wiedziałam doskonale, że na ten sukces składa się wiele czynników, takich jak wytężona praca, ale też szczęście, spotkanie odpowiednich ludzi na swojej drodze, a także pewna dojrzałość i wiedza, którą ciągle zdobywasz. Doskonale wiedziałam, że na pomyślność płyty składa się wiele czynników, na które tak naprawdę nie mamy wpływu. Tym samym trzeba mieć do tego wszystkiego predyspozycje psychiczne, żeby wykonywać ten zawód.

musicis.pl: Jak tak tutaj przy Tobie siedzę, to czuję pozytywną energię. Jak osiągasz taki spokój zewnętrzny?

Mela Koteluk: Mam wsparcie bliskich ludzi. Ci ludzie od lat stoją w tym samym miejscu w moim życiu i to są moje punkty odniesienia. Pozwalam sobie na chwilę wolnego – to zdarza mi się znacznie częściej, niż kiedyś.

musicis.pl: No dobrze, ale z pewnością czasami się też denerwujesz?

Mela Koteluk: Niestety, tak, jestem typem cholerycznym. Wybucham na chwilę i mi przechodzi. Nie obrażam się, nie potrafię. Jeżeli ktoś mnie wkurzy, to dążę do wyjaśnienia problemu, co nie oznacza, że druga strona ma tak samo (śmiech). Nieporozumienia psują krew, czas tak szybko pędzi, że nie ma sensu taplanie się w nich.

musicis.pl: Co teraz?

Mela Koteluk: Teraz spokojnie pracujemy nad materiałem na nową płytę. Bez presji, bez ram czasowych. Niech ta muzyka tworzy się w swoim tempie. W czerwcu chciałabym wydać EP-kę, która będzie zapowiedzią nowej płyty. Muzyka nie znosi pośpiechu, więc nie powiem dokładnie, kiedy ta płyta zostanie wydana, ale bardzo bym chciała, aby pojawiła się jeszcze jesienią tego roku.

Nie ma więcej wpisów