Cieszyła zapowiedź pójścia w kierunku wyznaczonym przez najlepszy na debiutanckiej płycie numer – Take My Hand. I tak, w dwa lata później, brzmieniowe fascynacje psychodelią lat 60. znalazły zupełnie inne wyjście, zgubiły się też wyraźniejsze elementy punkowości (poza jednym wyjątkiem miniaturowego See You Again) czy nawet reggae, które zasilały LP. Podczas gdy pierwszą płytę zespołu można określić jako przyjemność, która szybko zostaje zapomniana, tak ++ należy się chwała za to, że chce się do niej powracać, z każdym przesłuchaniem coraz bardziej. I chociaż longplay cierpi na brak pewnej spójności, odpowiedniego ułożenia utworów na trackliście, to te dobre momenty płyty wynagradzają niedogodności.

Przede wszystkim fascynuje bardziej pesymistyczna i melancholijna forma zespołu, która objawia się tu na każdym kroku. Nieco apatyczny, leniwy wydźwięk i wielogłosowy wokal Felicy przyrównać można do okręgu zainteresowań Grizzly Bear. Podobne brzmienie, choć zdecydowanie bardziej wyeksponowane, słychać w tonie smutku Over, gdzie połamany rytm gitarowego hałasu przenikającego się z dźwiękiem trąbki w końcu cichnie i majestatycznie się rozchodzi. Takich okazałych momentów jest więcej – w Sunny Day niby niezauważalnie wkradają się organy, które wieńczą utwór, nadając całości mroczniejszy wydźwięk. Nie znaczy to jednak, że ++ jest stylistycznie rozbuchane, co potwierdza quasi-folkowe Here and Then i Influence, które prowadzą swój tęskny czar niemal akustycznie.

Większe skupienie się na minimalizmie, idealnie wyważone proporcje instrumentów oraz ciekawie przemyślany wokal, w którym niejednokrotnie słychać głos reszty członków Trupa Trupa, a nie samego Grzegorza Kwiatkowskiego, stwarza wielowymiarowość i przekazuje więcej niż typowe, pełne pędzących riffów utwory. Co nie znaczy, że takich tu brakuje, czego przykładem jest Miracle czy świetny wstęp do płyty, I Hate, gdzie gitarowy jazgot goni kolejny przester, a pogrzebowa atmosfera tworzona przez pogłos trąbki zmaga się z progresywnym szumem.

W tym pesymistycznym kotle dźwięków są jednak pewne drobne mankamenty, które psują całościowy odbiór albumu. Wraz z każdą kolejną pozycją na płycie trudno nie wyczuć pewnego zmęczenia i braku skupienia, a poprzez niektóre eksperymenty (ofiarne modły Dei) nawet Exist może nie zatrzeć do końca pewnego zmieszania. To jednak niewielki problem, gdyż za chwilę ++ można odtworzyć od początku.

Nie ma więcej wpisów