Odwołajcie straż pożarną – najnowsza płyta Foals to niegroźny ogień. Choć na pewno trochę uświęcony. Wytwórnia, dla której nagrywa zespół, nie jest żadnym gigantem (Holy Fire trafiło na sklepowe półki nakładem Transgressive Records). To w sumie jedyne, co niszowe w tym albumie. Do listy tej mógł dołączyć jeszcze producent Jono Ma, jednak ostatecznie stał się on tylko inspiracją dla dalszych prac nagraniowych. Australijczyk otworzył im oczy na nowe możliwości, których wcześniej nie używali. I tak powstały fundamenty pod trzeci album – loopy, sample, syntezatory i automaty perkusyjne.

Po paru kolejnych demówkach nagranych w 2011 i 2012 roku w Oxfordzie, zespół zaprosił do współpracy duet producencki Flood i Alan Moulder. Ta dwójka czuwała razem nad dziełami Depeche Mode, Nine Inch Nails, Nicka Cave’a, Smashing Pumpkins i wielu innych. Praca przeniosła się do londyńskich Assault & Battery Studios. Już latem wokalisto-gitarzysta Yannis Philippakis donosił, że album będzie nieco funkowy. Miało też nie zabraknąć cięższych i mroczniejszych brzmień. Co z tego wszystkiego zostawił mastering?

Album zebrał na Metacritic średnią 76/100. Głównie za ambicję i single Inhaler i My Number, za które zyskują powoli status headlinera. Wszak dwa pierwsze albumy pokryły się na Wyspach złotem. Choć ten sukces, jak również opieka znanych producentów, mogą stwarzać presję i odbierać swobodę twórczą.

Po usłyszeniu Inhaler (oczko w górę tylko i wyłącznie za tę piosenkę) pomyślałam: ten album może być dynamitem. Miałkie, choć chwytliwe, My Number szybko rozwiało tę nadzieję. Może to jednak tylko przedsmak tego, co Foals mogą zafundować w przyszłości?

Oprócz trzech singli, wyróżniają się piosenki Prelude, Bad Habit i Everytime. Pierwsza to prawie pozbawiona wokalu, nieco abstrakcyjna kompozycja. Funduje leniwe przebudzenie, by w połowie zaintrygować słuchacza ciekawym brzmieniem gitar. Klarowne dźwięki przechodzą w lekko industrialny warkot.

Bad Habit to dynamiczna piosenka. Wokal, automaty perkusyjne i niepozorne gitary tworzą spójną całość. Utwór jest bogaty rytmicznie, miejscami chaotyczny, nakłada się tu na siebie wiele brzmień. Uspokaja się i ożywia kilka razy, w momentach wyciszenia na pierwszy plan wysuwa się wokal, w tym przypadku całkiem znośny (Philippakis brzmi znacznie lepiej, gdy pozwala sobie na odważny i głośniejszy śpiew). Usłyszymy tu również modne od dłuższego czasu egzotyczne wstawki.

Everytime ma w sobie potencjał, by stać się wartościowym singlem. Choć tak się pewnie nie stanie z racji nadchodzącego lata. Tu również usłyszymy tropikalne brzmienia, którymi jest przesiąknięty nawet wokal. Utwór rozkręca się, wzmagając niepokój. Pojawia się ciekawy riff – rzadkość na tej płycie. Jak wcześniej, zastosowano tu różne instrumenty perkusyjne – niepokorne marszowe rytmy wraz z gitarami tworzą interesującą ścianę dźwięku.

Late Night pokazuje, że i wolna piosenka może mieć w sobie potencjał. Choć nie jest to łatwe, gdy panuje moda na to, co stonowane i spokojne. Na uwagę zasługują jeszcze nieco mroczniejsze elementy Providence, choć sama piosenka szałowa nie jest. Ma w sobie coś z eksperymentu, zaskakuje zamykająca ją, chaotyczna sekcja rytmiczna. Głos wokalisty nabiera barwy w połączeniu ze smyczkami (świetnie wykorzystanymi w Milk & Black Spiders) czy niepokojącym, bogatym rytmem.

Mimo iż album plusuje pod tym względem, gitarowo jest nieciekawie – brakuje wyróżniających się riffów. Słyszymy za to odrobinę trip-hopowego bitu. Minusem są powtarzalne motywy. Moon, Out of the Woods czy Stepson to przykłady zupełnego braku pomysłu na piosenkę. Może lepiej by było wydawać EP-ki z tym, co wartościowe i świeże, niż kompletować materiał na siłę?

Płyta zyskuje po kilku, kilkunastu przesłuchaniach, zostawiając po sobie refleksję i oczyszczenie. Panowie z Foals okazali więc nie lada odwagę, by stworzyć taki materiał w dobie pojedynczych hitów upchanych na odtwarzaczach mp3. Trudno jest już patrzeć na album całościowo. Ciekawa jestem, jak sprawdziłoby się to na żywo – może poza studiem, obdarte z technicznej doskonałości piosenki zyskałyby nowy potencjał?

To, co na długo pozostaje w pamięci, to kopiący Inhaler, teledysk do Late Night oraz okładka płyty, która świetnie zgrywa się z muzyką – można by się w nią wpatrywać godzinami przy dźwiękach Holy Fire. Zdjęcie Thomasa Nebbi przerobił Leif Podhajsky, współpracujący między innymi z Tame Impala, The Vines, The Horrors czy Bonobo. Czy morski przypływ przyniósł ze sobą nowe brzmienie? Owszem, jest tu sporo nowości, ale całość nie brzmi ani świeżo, ani ożywczo. Cóż, woda zwana muzyką jest już bardzo mętna i zanieczyszczona.

Nie ma więcej wpisów