Czy można kogokolwiek jeszcze czymś zaskoczyć, jeśli wydaje się 13 album w karierze? Depeche Mode już od dawna nie wydali nic, co rzuciłoby publikę na kolana. Może taki moment jeszcze nadejdzie, ale niekoniecznie jest nim Delta Machine. Każdy dźwięk, który wybrzmiewa z tego krążka, wydaje się krzyczeć: oto nowa muzyka Depeche Mode, solidna jak zawsze, ale mniej wciągająca niż kiedyś.

Nie da się nie docenić intensywności bitów otwierającego album Welcome to My World, które jest swoistym zaproszeniem do wiecznie mrocznego świata dowodzących zespołem Dave’a Gahana i Martina Gore’a. My Little Universe jest za to próbą wyjścia z tego hermetycznego otoczenia poprzez otworzenie się na wpływy współczesnej elektroniki. Poza tym kawałkiem, jedynie Soft Touch/Raw Nerve podejmuje próbę komunikacji z nowoczesnością, ale to trochę za mało jak na zespół, który miał w zwyczaju wyznaczać trendy i nie oglądać się na innych.

Przesycona erotyzmem, leniwa atmosfera Slow idealnie komponuje się z powtarzającym się bluesowym riffem. Jedyny problem tkwi w tym, że momentami linia melodyczna niebezpiecznie zbliża się do The Sweetest Condition z wydanego w 2001 roku Exciter. Takich przypadków jest więcej, chociażby przebłyski I Feel You w Angel albo The Child Inside, które jest połączeniem wszystkich słynnych ballad Martina Gore’a, a jednocześnie nie dorównuje żadnej z nich.

Najbardziej popowe, ale też mocno zaraźliwe Heaven, które poznaliśmy najwcześniej, dawało nadzieję na dobrą jakość reszty materiału i zaostrzyło apetyt fanów spragnionych świeżych nagrań Depeszów. Z tą świeżością jednak u nich nie najlepiej już od dobrych kilku lat. Zespół zaczyna powoli zjadać własny ogon, a nowe piosenki są co najwyżej kopiami klasyków sprzed lat i brak im siły rażenia.

Oczywiście nienaganna produkcja, umiejętnie połączone warstwy gitar i elektroniki robią wrażenie, ale od zespołu, który nagrał Black Celebration, Songs of Faith and Devotion oraz kilka innych ponadczasowych albumów wymaga się więcej.

Nie ma więcej wpisów