music is ... muzyka z najlepszej strony.

FreeFormFestival – dzień 1 – relacja

20/94

 

Warunki atmosferyczne

Zmiana daty festiwalu z jesiennej na wiosenną to było bardzo dobre posunięcie ze strony organizatorów FreeFormFestival. Zdecydowanie przyjemniejsze jest spacerowanie po terenie Soho Factory przy temperaturze powyżej 15 stopni, niż marudzenie z powodu ciągłego chłodu. Nawet pomimo wczorajszego deszczu.

Logistyka

Dziewiąta edycja FreeFormFestival to już trzecia zlokalizowana w warszawskim kompleksie Soho Factory na Mińskiej. Wielkie, pofabryczne hale znakomicie sprawdzają się w mieszczeniu festiwalowiczów, a łączące je podwórko i pobliski klub M25 (przemianowany na czas festiwalu na FreeForm Club) stwarzają dla nich przyjazne środowisko, gdzie można się najeść, wypocząć pomiędzy koncertami i w którym kwitnie życie towarzyskie. Jedynym mankamentem przy złej pogodzie mogą być efektowne, aczkolwiek kompletnie niepraktyczne odwrócone parasole, pod którymi ciężko się skryć przed deszczem.

Gastrostrefa

Sporo dobrego jedzenia w wielu, porozmieszczanych po całym podwórku punktach gastronomicznych. Brak długich kolejek i najlepsze burgery i cheeseburgery w mieście u Bobby Burgera – pycha! Dla amatorów innych rozkoszy podniebienia są też meksykańskie przekąski, zapiekanki, a nawet pizza.

Atmosfera

FreeFormFestival to dosyć specyficzny festiwal. Jego lokalizacja, a także line-up sprawiają, że idealnie wpisuje się w klimat miejskiego festiwalu. Czujesz się jak na dobrej domówce, podczas której spotykasz masę znajomych, a wszystko to okraszone muzyką z najwyższej półki. Idealna impreza na rozpoczęcie festiwalowych szaleństw.
Wczorajszy dzień owocował w kilka naprawdę świetnych występów. Chcielibyśmy podzielić się z Wami naszymi komentarzami:

Fair Weather Friends:

Chłopakom z Fair Weather Friends w zapełnieniu Second Stage pomogła trochę burza. Jednak wielu, którzy nawet przez przypadek wpadli na koncert ślązaków, zostali na dłużej. Było lekko, łatwo i przyjemnie. Pojawił się nawet słynny kawałek z samplami Florence and the Machine.
(Michał Rakowski)

Kate Boy:

Czas spędzony z zespołem Kate Boy był jednym z najlepszych momentów pierwszego dnia festiwalu. Totalna energia, mocne uderzenie i genialne wizualizacje. To wszystko sprawiło, że budynek Grolsch Stage o mało się nie rozpadł. Miałem nadzieję, że pod wpływem muzyki i głosu Kate polecą szyby. O mały włos.
(Michał Rakowski)

Szwedzko-australijski zaskoczył zarówno jakością, jak i ilością zaprezentowanej muzyki. Po wejściu na scenę z 15-minutowym poślizgiem (prawdopodobnie zaplanowanym) zagrali oni tylko pięć utworów, w tym znane już nam In Your EyesNorthern Lights i The Way We Are. Przyznam się, że mam mieszane uczucia co do tego koncertu. Z jednej strony potężne, soczyste i bardzo selektywne brzmienie oraz mocny, nieskazitelny wokal Kate Akhurst, z drugiej bliźniacze podobieństwo (zarówno brzmieniowe i rytmiczne) kolejnych utworów i markowana na scenie choreografia. Jeśli połączymy to z wysokobudżetowymi teledyskami, to możnaby wysnuć wniosek, że Kate Boy to taki nowoczesny girl-boysband, stworzony i finansowany przez bogatą wytwórnię. Tak, czy siak, ich mocarny electropop grany do marszowych rytmów porywał do tańca, a refreny były śpiewane przez całą publikę (włącznie ze mną), więc koncert należy zaliczyć do udanych.
(Kajetan Łukomski)

Parachute Youth:

Parachute Youth rozkręciło niezłą imprezę. Szczerze przyznam, że obawiałem się tego występu i nie do końca potrafiłem połączyć ich muzykę z klimatem festiwalu, ale po wczorajszym występie chłopaków zostałem ich fanem. Dawka energetycznego popu sprawiająca, że nogi same rwą się do tańca. Chętnie zaprosiłbym ich na swoją domówkę – dobra impreza gwarantowana. Lato, miasto i ich Can’t Better Than This – wyśmienite połączenie.
(Rafał Gruszkiewicz)

Apparat:

Słuchając Krieg Und Frieden ciężko było wyobrazić sobie, jak sprawdzi się ten materiał na żywo. Teraz już mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że powala. Na początku wydawało się, że Apparat, wspomagany przez dwóch multiinstrumentalistów, zagra całą płytę od deski do deski – po obu wersjach 44,  zgodnie z albumową kolejnością, usłyszeliśmy sprowadzające ciarki na plecy Lighton, zaśpiewane z charyzmą przez mistrza ceremonii. Dalszy ciąg koncertu zaczął jednak zaskakiwać. Dźwięk ze sceny był świetny, chociaż gargantuiczny miejscami bas sprawiał, że wdychane powietrze furkotało w nosie jak podczas burzy stulecia. Warto również zwrócić uwagę na fenomenalne wizualizacje, robione na żywo na scenie – prawdopodobnie był za nie odpowiedzialny długoletni współpracownik Apparata, Pfadfinderei. Nie dość, że idealnie dopełniające muzykę, to jeszcze w pewnym momencie same zostały użyte do wygenerowania dźwięku, który, zaloopowany przez Saschę, stał się integralną częścią przedostatniego utworu.
(Kajetan Łukomski)

Hudson Mohawke:

To był naprawdę mocny set w wykonaniu Hudson Mohawke. Gęste beaty zaserwowane przez Brytyjczyka reprezentującego kultową wytwórnię Warp Records porywały do tańca. Zaraz po Parachute Youth jeden z lepszych występów na Second Stage. Było naprawdę grubo! Tłum zahipnotyzowany w tańcu – zadanie wykonane.
(Rafał Gruszkiewicz)

Ciężkie, basowe brzmienia to wizytówka Hudson Mohawke i nie inaczej zabrzmiał on na FreeFormie. Co prawda w spisie utworów większość numerów ze świetnego, instrumentalnego Butter została wymieniona na nowsze kompozycje, czerpiące garściami sample wokalne z ostatnich 15 lat popkultury, ale potencjał parkietowy jego muzyki jest niepodważalny, co doceniła publika zgromadzona na Second Stage.
(Kajetan Łukomski)

Tricky:

Tricky niczym nie zaskoczył. Koncert był kalką tego co mogliśmy zobaczyć już wcześniej. Tak, jakby Tricky nauczył się na pamięć scenariusza i każdy występ odgrywał na podobnych zasadach. Jedno jest pewne – zagorzali fani wyszli z koncertu z pewnością zadowoleni. I to właśnie był koncert dedykowany dla nich.
(Agata Polak)

Tricky jest obecny na scenie od naprawdę wielu lat i niestety to zmęczenie materiału da się odczuć podczas jego koncertów. Nawet przy robieniu zdjęć z fanami przy kontenerze Red Bull, gdzie można było spotkać go sączącego drinka, robił z przymusu i z wyraźną niechęcią, a sam koncert po prostu odbębnił. Brzmienie nowej płyty zostało umiejętnie przeniesione na scenę przez muzyków, ale podczas koncertu nie usłyszeliśmy ani śladu tego bristolskiego brzmienia, w którym kiedyś wszyscy się zakochaliśmy, a sam zainteresowany okazał się… niezainteresowany.
(Kajetan Łukomski)

SebastiAn:

Sebastian jest jednym ze złotych synów renesansu francuskiego brzmienia i w jego secie dało się to bez problemu zauważyć. Nie szczędził utworów swoich kolegów z Ed Banger Records (szczególnie chyba upodobał sobie Justice), przeplatając je umiejętnie kompletnie innymi brzmieniami. Siłą setów Sebastiana jest ich eklektyzm i szybkie, lakoniczne miksy, ale wczorajszy wybór numerów był podejrzanie podobny do tego, który zaprezentował nam w zeszłym roku na Audioriverze. Było zarówno mainstreamowo (Bangarang Skrillexa, Get Lucky Daft Punk czy Bad Girls M.I.A.), jak i mniej przewidywalnie (& Down Boys Noize czy La Rock 01 Vitalica), co sprawiło, że cała sala w kilka minut pogrążyła się w tanecznym transie. Co prawda problemy z nierówną głośnością nagłośnienia nie pomagały w uzyskaniu klubowego efektu, a jednak wszyscy bawili się świetnie. Nie był to może odkrywczy set (panowie Tom Encore i Kwazar grali o wiele ciekawsze rzeczy w pobliskim Red Bull Containerze, a Patryk Niedziela i Envee w Klubie), ale renoma Sebastiana jako świetnego, rozpalającego każdą publiczność didżeja nie została nim nadszarpnięta.
(Kajetan Łukomski)

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...