Piątek w Soho Factory był jedną wielką imprezą – klubowe rytmy aż wylewały się ze scen. Czuliśmy się jak na naprawdę niezłej domówce, podczas której liczy się tylko i wyłącznie dobra zabawa.

Dzień później FreeFormFestival przemienił się w jedno wielkie show. A to za sprawą koncertów, podczas których królowała oprawa wizualna i pełen profesjonalizm od strony artystycznej. Chyba większość z Was będzie z nami zgodna jeżeli napiszemy, że była to jedna z lepszych edycji tego warszawskiego festiwalu.

Przede wszystkim zmiana daty była świetnym posunięciem ze strony organizatorów, ale także line-up 9. edycji został przygotowany w taki sposób, że każdy miłośnik dobrego popowo-klubowego grania znalazł coś dla siebie. Już się boimy, co wydarzy się podczas jubileuszowego, dziesiątego FreeFormFestivalu.

Tymczasem przeczytajcie naszą relację z drugiego dnia festiwalu:

Fox:

Mimo, że stylistyka, jaką prezentuje Fox nie jest do końca w moim guście, to trzeba mu oddać, że jest świetnym producentem. Brzmienia zarówno z nowej jak i poprzedniej płyty zabrzmiały na głównej scenie soczyście i klubowo, a dodatkowe bębny dodawały kontrapunktu i smaczku. Wiem, że może w przypadku tak bliskiej popowi muzyki może zabrzmieć to śmiesznie, ale miałem wrażenie, że wokaliści nie dają przestrzeni muzyce. Usłyszeliśmy więc Paulinę Przybysz (która śpiewała trochę zbyt siłowo, ale wchodziła na świetne falsety), Natalię Lubrano oraz, w firmowym Belly Of The Beast i ostatnim utworze, Bunia z D4D, który mimo mniej wytrenowanego gardła (a może właśnie dzięki temu) wypadł najbardziej autentycznie.
(Kajetan Łukomski)

Novika:

Trzeba przyznać, że występy podczas FreeFormFestival to naprawdę wyjątkowe wydarzenia. Taki też był koncert Noviki, która pojawiła się na mniejszej scenie. Podczas jej koncertu mogliśmy zobaczyć nową twarz artystki. Absolutnie się nie spodziewałem, że Novika po tylu latach obecności na rynku cały czas potrafi zaskoczyć. Było tanecznie, czasami melancholijnie, ale na pewno prawdziwie. Na koncertach Katarzyny byłem wielokrotnie, ale ten był zupełnie inny. (Michał Rakowski)

Cały sceptycyzm, jaki zawsze rodziła we mnie autorska muzyka Noviki wyparował podczas tego koncertu. Nie jest to może najwyższej klasy wokalistka, ale wydaje mi się, że po kilku wydawnictwach co najmniej letnich emocjonalnie, Kasia w końcu znalazła swój prawdziwy głos i styl, który jej odpowiada. Utwory z nowego wydawnictwa zabrzmiały fenomenalnie (między innymi dzięki wspomagającym ją na scenie muzykom Őszibarack), a i starsze, bardziej taneczne kompozycje, przearanżowane prawie nie do poznania, porywały do tańca. Chciałbym usłyszeć od Noviki więcej tekstów po polsku – zdecydowanie najbardziej podobało mi się wykonanie spokojniejszego, acz nie pozbawionego podskórnego pulsu Scenariusza, do którego Kasia napisała tekst wspólnie z Karoliną Kozak.
(Kajetan Łukomski)

Woodkid:

W warszawskim koncercie Woodkida tak naprawdę trudno znaleźć dziurę w całym. Perfekcyjnie przygotowane, wykonane bezbłędnie numery, świetny, ciepły wokal (na żywo aż trudno uniknąć porównania z Antonym Hegartym) oraz zgrane z muzyką oświetlenie i wizualizacje – czego chcieć więcej? Widać było jak na dłoni, że wszystko jest przemyślane i dopięte na ostatni guzik. Sekcja dęta i bębniarze, dogrywający też na żywo przeszkadzajki, sprawili, że całość zabrzmiała zarówno potężnie, jak i organicznie. Cały set zbudowany został niczym przykład reżyserskiego stylu Hitchcocka – najpierw wybuch, a później powolnie narastające napięcie, prowadzące do ekstatycznego finału w postaci Run Boy, Run. Sam artysta był chyba lekko zaskoczony burzliwą owacją, jaką zgotowała mu publika i najwyraźniej dał z siebie wszystko. (Kajetan Łukomski)

Koncert Yoanna Lemoine’a był jednym z najbardziej oczekiwanych koncertów podczas tej edycji festiwalu. Nie ukrywam, że także ja nie mogłem się doczekać aż zobaczę Francuza na żywo. To, co działo się na głównej scenie, opisać mogą tylko znakomici autorzy książek o rycerzach. Podniosła atmosfera i bębny sprawiły, że od pierwszych sekund miałem ciarki na całym ciele. Muzycznie wyszło znakomicie, wizualnie – jeszcze lepiej. Sam artysta kupił publiczność znakomitym głosem, a także krótkimi rozmowami. Stwierdził, że kocha polską publiczność, a w momencie, kiedy przyznał się do polskich korzeni – cała sala po raz wybuchnęła okrzykami. Ten występ można skwitować jednym stwierdzeniem: ta muzyka mogłaby wieść lud na barykady.
(Michał Rakowski)

The Toxic Avenger:

Toxic Avenger to dwa słowa które w ciągu ostatnich kilku godzin nabrały dla mnie innego znaczenia . Muzyka muzyką, impreza imprezą, ale występ tego francuskiego producenta na scenie FreeFormFestival był jednym z gwoździ programu drugiego dnia festiwalu. Może to zabrzmi patetycznie, ale czekałam na ten moment bardzo długo i jestem wdzięczna Delacroix za sowita dawkę energii i basu. Jest niewielu muzyków, którzy tak jak on potrafią rzucać zaklęcie na ludzkie ciało i sprawić ze tańczy ono do ostatnich dźwięków i ostatnich oklasków. Zdecydowanie na plus.
(Agata Polak)

Podczas występu The Toxic Avenger mniejszą scenę wypełniły złowrogie dźwięki zimnych syntezatorów, bujające się w rytm kowalskich bitów. Samplowane wokale zsynchronizowane z prostymi wizualkami przedstawiającymi wokalistów potęgowały odrealnienie tego koncertu, a sam artysta komunikował się z publiką tylko za pomocą wokodera. Ten zbiór powykręcanych i trochę bardziej eksperymentalnych brzmień był miłym oddechem od dominującej na festiwalu electropopowej konwencji, aczkolwiek publika nie brzmiała na zachwyconą.
(Kajetan Łukomski)

Miałem nadzieję, że na tym koncercie się wyszaleję. Na szczęście się nie zawiodłem, ponieważ tańcząc pod drugą sceną festiwalu, miałem wrażenie, że czas się zatrzymał. Mimo tego, że było tam dosyć mało osób, to i tak wydaje mi się, że koncert był bardzo udany. W tym momencie muszę także wspomnieć o wizualizacjach, które były bardzo oryginalne i zaskakujące. Podczas koncertu mogliśmy usłyszeć materiał z debiutanckiego krążka. Przykro mi tylko, że nie było mi dane usłyszeć kawałka Angst Two. Wszystko przez to, że na scenie obok już pojawiła się Azealia Banks. Mam tylko nadzieję, ze Simon Delacroix przyjedzie jeszcze do naszego kraju.
(Michał Rakowski)

Azealia Banks:

Przyznam, że nagrań Azealii słucham głównie jeżdżąc rowerem, a i wtedy skupiam się raczej na jej fantastycznym flow w rapowaniu oraz agresji nagrań. Okazuje się, że jest to muzyka stworzona na wielkie, festiwalowe sceny. Panna Banks wystąpiła w dziwacznym, odsłaniającym wiele ciała kombinezonie, a za nią kołysała się w rytm muzyki jej firmowa, długa grzywa. Z nieposkromionym apetytem na zabawę, biegała ona od jednego końca sceny do drugiego, plując w mikrofon niesamowicie szybkimi wersami, które wielokrotnie brzmiały nawet lepiej niż na nagraniach. Proste jak budowa cepa bity w tym momencie sprawdziły się idealnie, bo już po dwóch kawałkach cały Grolsch Stage skakał niczym banda opętanych kangurów. Numery były dosadne, acz lakoniczne, dlatego też Azealia zdążyła w secie zmieścić całkiem sporą część swojego repertuaru na czele z 212, Liquorice czy Van Vogue, a nawet zaprezentowała swoją wersję wirusowego hitu, Harlem Shake. Ja jednak czekałem na najnowszy, wściekły singiel raperki i nie zawiodłem się – po krótkiej przerwie na koniec koncertu zabrzmiały pierwsze takty Yung Rapunxel i doznałem wrażenia, że pogubię kończyny.
(Kajetan Łukomski)

Koncert Amerykanki również był bardzo przeze mnie wyczekiwany. Z tego względu, że nie wiedziałem czy słynąca z dość dużej agresji artystka może nas obrazić, a nawet opluć, to stanąłem z tyłu. Mówiąc krótko: czekałem na skandal. Skandalu nie było, ale za to otrzymaliśmy gigantyczną dawkę bardzo tanecznego beatu, który doprowadził do tego, że cała Soho zaczęła tańczyć. Z tego względu, że polska publiczność znakomicie przyjęła rapperkę, to ta postanowiła nas nagrodzić rzadko granymi kawałkami. Mimo że próby nadążenia za nawijką panny Banks są bezsensowne, to mogliśmy się tylko oddać muzyce. Muszę się przyznać, że mimo iż fanem rapu nie jestem, to na koncert Azealii przeszedłbym się raz jeszcze.
(Michał Rakowski)

Miss Kittin:

Pisząc o wczorajszym koncercie Miss Kittin trudno mi zadecydować od czego zacząć. Czy od tego, że jest ona najbardziej wzbudzającą ze sceny sympatię postacią sceny elektronicznej? Czy może o tym, jak koncertowo (!) zadowoliła swoich fanów, prezentując przekrój przez cały swój dorobek, od legendarnych Frank Sinatra, Silver Screen Shower Scene czy Rippin’ Kittin, przez swoje solowe dokonania z I Com i Batbox, aż po najnowsze numery? A może jednak powinienem opisać jak jej jedyna w swoim rodzaju, oparta na melorecytacji i lekkich wokalizach maniera wokalna nic nie traci na żywo? Jakkolwiek bym nie zaczął, to konkluzja zawsze będzie taka sama – widać jak na dłoni, że Caroline uwielbia to, co robi i dzielenie się swoją muzyką i lekko psychodelicznym show jest dla niej czystą przyjemnością, co bezpośrednio przełożyło się na fantastyczny koncert. Zmiany kostiumów, świetny kontakt z publiką, odrealniona choreografia, budowana kolejnymi utworami narracja występu – Kicia jest profesjonalistką w swoim fachu. Dlatego też, kiedy zapowiedziała ostatni utwór i zaserwowała otwierające Kittin Is High basowe arpeggio, nie było już na sali nikogo, kto miał wątpliwości co do przynależności korony Królowej Electro.
(Kajetan Łukomski)

Nie ma więcej wpisów