…czyli słów kilka o ekonomicznych walorach śmierci wszelakiej

Śmierć jest nader dochodowa. Śmierć zmienia wszystko w przeciwieństwie do samego umierania czy agonii jako takiej. Śmierć się opłaca. Nie jest to – wbrew przeświadczeniu wszystkich pałających się zdawkowym chałupnictwem profetów – artykuł poświęcony subkulturze emo zachwalający walory zgonów wszelakich; nie jest to też melodramat dla ludzi z depresją, znajdujących się na życiowym rozdrożu. Nie jest to także pośmiertna refleksja założyciela Jonestown i guru sekty Świątynia Ludu odpowiedzialnego za największe zbiorowe samobójstwo w czasach nowożytnych. Popełnianie harakiri w Simsach jest co najmniej mainstreamowe.

Nie ulega kwestii, że śmierć jest rentowna. Jednak nie dla wszystkich. Nawet w przypadku denatów są równi i równiejsi. Wszak przynosi ona zyski tylko wybrańcom – jednostkom wybitnym, których artystycznego prestiżu nie sposób pogrzebać, których wielkie życiowe kariery wciąż rozkwitały, by wydać pośmiertne owoce, a wszelki pozostawiony przez nie dorobek przerasta wielkością Madagaskar. To wyjątkowe sławy, których ocean twórczości jest głębszy od Rowu Mariańskiego.

Każdego roku magazyn Forbes przygotowuje ranking gwiazd, które – choć nie żyją – zarabiają miliony, a dużo tych milionów zarobionych w ciągu roku trzeba było mieć, żeby znaleźć się w ścisłej czołówce najbogatszych zombie profesji każdej. Skąd wiadomo, jak dochodowe okazuje się bycie nieboszczykiem? Niezbędnych informacji dostarczają wciąż żywi agenci i prawnicy poszczególnych gwiazd czy całych konstelacji. Przydatna w tej kwestii okazuje się także rodzina, która rolę w dysponowaniu majątkiem pełni niemałą. Niekiedy dosłownie krewni zabijają się o każdy grosz. Ich miliony, znaczy. Drobne niedopatrzenie.

Przychód wiekuisty

Do niedawna szczytujący w rankingu Forbesa Elvis Presley, już drugi raz z rzędu ustąpił miejsca młodszemu śmiercią koledze. Króla rock’n’rolla wyprzedził Michael Jackson, który w 2009 roku zmarł nagle, ponieważ jego prywatny lekarz Conrad Murray nie oparł się dziecięcym prośbom swojego podopiecznego i dał mu mleko, czyli prawdziwie zabójczy koktajl propofolu, który w efekcie spowodował zgon gwiazdora. Swój entuzjazm wobec wszystkiego, co z bielą jest powiązane Jackson podkreślił nawet na łożu śmierci. O luba ironio. Prawdopodobnie Murray za bardzo wziął do serca slogan: pij mleko, będziesz wielki. W każdym razie, król popu śmiało wkroczył na wierzchołek złotej góry pośmiertnego bogactwa, zarabiając w ciągu roku bagatela 170 mln dolarów, dzięki sprzedaży swoich płyt oraz odgrywającym niemałą rolę w jego finansowej płynności 50-procentowym udziałom w katalogu wytwórni płytowej Sony/ATV Music Publishing.. Pomimo bijącego zerami ogromu jego zysku, nadmienić należy, że muzyk stoczył się nieco z góry pieniędzy, bo rok wcześniej jego roczny dochód wyniósł 275 mln. Masakra i thriller. Michael Jackson w ciągu swojego życia sprzedał zaledwie 750 milionów płyt, ustanowił tylko 13 rekordów Guinessa, dostał 13 nagród Grammy, a teraz, choć teoretycznie nieżywy, wciąż króluje w rankingach, króluje z zaświatów, a więcej od niego zarobił chyba tylko inny król – Jezus. Żadna branża nie jest tak dochodowa jak handel dewocjonaliami.

55 mln dolarów to roczne zarobki Elvisa Presleya, który w rankingu Top-Earning Dead Celebrities uplasował się na drugim miejscu. Choć zmarł w 1977 roku, jego twórczość jest wciąż żywa i podupaść na zdrowiu nie zamierza. Nawet dobrze się składa, do dr House już nie praktykuje, a był to przecież jedyny tak wybitny diagnosta ever. Dochody króla innego gatunku muzycznego powiększają się dzięki wystawianemu od dawna w Las Vegas show, na które pojedynczy bilet kosztuje 175 dolarów, więc niemało. Przeciętny Polak, czyli jednostka niezarabiająca średniej krajowej – wbrew wszelkim rządowym statystykom – odkładałby na taką wejściówkę rok, dwa, może trzydzieści.

Na wyłożonym dolarami podium znalazła się też Marilyn Monroe, której pięćdziesiąta rocznica śmierci przypadnie w przyszłym roku. Najpiękniejsza z ikon popkultury w ubiegłym roku zarobiła 27 mln dolarów, wyprzedzając chociażby JRR Tolkiena, autora kulturowej trylogii, który był gorliwym entuzjastą mieszania wszelkiego fantasy z fascynacją pierścionkami i innymi elementami biżuterii. Wysoka pozycja Marilyn Monroe jest zasługą Authentic Brand Management, która wykupiła prawa do wizerunku i majątku artystki. Firma zajmuje się promocją wciąż mieniącej się w blasku fleszy gwiazdy, zwiera umowy licencyjne na luksusowe ubrania, kosmetyki i perfumy sygnowane jej nazwiskiem Wszak nieżyjąca od 49 lat Monroe pojawiła się wraz z Charlize Theron w nowej reklamie perfum Diora J’Adore. Wkrótce ma także spełniać się ponownie w swym rzemiośle i występować w filmach fabularnych. Tak. Dzisiaj nie ma rzeczy niemożliwych.

Kolejny na liście jest autor Snoopy’ego, rysownik Charlers Schulz, który swojej czwartej pozycji trzyma się równie twardo, co pies swego pana. Plastyk ma co świętować w zaświatach, ponieważ jego roczny dochód wyniósł 25 mln dolarów, czyli zaledwie o 2 mln mniej od Marilyn, która, choć nieżywa, może czuć się mocno zagrożona. Jakkolwiek czucie w kontekście wszelkiej martwicy osobliwie by nie brzmiało. Nadmienić należy, że Schulz wyprzedził jednego z Beatlesów, Johna Lennona, który zajął piątą pozycję, zarabiając w ciągu roku zaledwie 12 mln dolarów – tyle samo, co Liz Taylor. Dla jednych Bóg, dla innych szarlatan, który rozbił Beatlesów, tak czy inaczej autor Imagine słynący także z działalności epistolarnej powinien się wstydzić, a że nie jest w stanie tego uczynić, może to zrobić za niego Yoko Ono. Po ceremonii zamknięcia Igrzysk Olimpijskich w Londynie wysunąć można pewne śmiałe przewidywania co do majątkowej przyszłości muzyka. Wszak nawiązanie do jego twórczości oraz wpływu na brytyjską scenę muzyczną było dość istotne, więc remis z Liz Taylor jest wyłącznie kwestią umowną.

Nad dalszymi miejscami w rankingu nie ma co się rozprawiać, bo zarobki tej części umarłych nie są tak powalające, jak dochody równie nieżywej czołówki. Zajmujący siódme miejsce twórca teorii względności, którego mózg jest nieskończonym źródłem fascynacji naukowców, zarobił zaledwie lub aż 10 mln dolarów. Choć jak na fizyka, to dość imponująca kwota, więc w ostatecznym rozrachunku Einstein nie wypada wybitnie kiepsko. A wszystko przez stwierdzenie, że na mocy osobliwej teorii względności, człowiek poruszający się starzeje się wolniej, niż człowiek stojący lub leżący, zgodnie z wyprowadzonym przez siebie wzorem na tzw. dylatację czasu. Listę natomiast zamyka Andy Warhol kwotą 6 mln dolarów. Artysta zmarły w wyniku powikłań operacyjnych wciąż żyje zapuszkowany w opakowaniu zupy pomidorowej Campbella.

Finansowa reanimacja

Polacy mają największego Jezusa (największy papież na świecie jest ciągle niedorobiony – work in progres), Amerykanie natomiast mają duże i największe konta bankowe. Jak widać, życie jest wcale niesprawiedliwe. Śmierć również się tą cnotą nie odznacza. Martwi zarabiają więcej od żywych, którzy masochistycznie wypruwają sobie żyły, by pokryć koszta jakiegoś pożywienia i utrzymać swoje funkcje fizjologiczne na minimalnym poziomie. Wiele z wygasłych gwiazd sztuk wszelakich za życia miało liczne kłopoty finansowe, co pozwala wysunąć śmiałą tezę, że nic nie jest tak dobre na kryzys, jak śmierć, która jak się okazuje rozwiązuje wszystkie problemy, włącznie z tymi majątkowymi. Albo z nimi na czele. Jest tak, że zgon i niebyt niczego nie przekreślają. Wręcz przeciwnie. Po śmierci można wreszcie (niebezpośrednio) zrealizować swoje wciąż żywe marzenia, np. wydać kolejną płytę, napisać książkę, zagrać w filmie, stworzyć duet z żyjącymi – w przeciwieństwie do nas – artystami, można też założyć linię mody, czy zająć się przemysłem drogeryjnym. Możliwe jest to jednak, jeśli za życia dysponowali prawami autorskimi do tekstów i melodii swoich utworów. Ranking dowodzi, że po śmierci najłatwiej jest zarabiać muzykom. Wszak sztuka, którą uprawiali za życia jest na tyle uniwersalna, by kultura masowa mogła ją ponownie przetworzyć i zrodzić ze swego reprodukcyjnego łona dzieło umarłego żywota.

W branży muzycznej wśród żywych i zmarłych więcej zarobił tylko zespół U2, co pokazuje jednak, że śmierć nie jest całkiem opłacalna, a egzystencja zombie-celebryty może okazać się mało finezyjna i całkiem ponura. A podobno studenci prawa nie mają życia. Martwi zarabiają więcej od żywych, bo ze wszystkich rzeczy na świecie tylko twórczość jest nieskończona i nieśmiertelna, a jeśli twórczość ta jest względnie imponująca i osobliwie kontrowersyjna, to przeżyje nawet wieczność. Nie ulega też kwestii, że nic tak nie reanimuje show-biznesu jak nagła śmierć, tragiczny owiany tajemnicą zgon, nieoczekiwany koniec życia, które miało się nigdy nie kończyć, a przynajmniej nie w ciągu najbliższych paru lat.

Reasumując wszystkie cmentarne refleksje, śmierć się czasami opłaca. Ale komu? Bo raczej nie umierającym. Ich twórczości? Owszem. Kto na tym najwięcej zyskuje? Chyba fani. 15 nieżywych celebrytów uwzględnionych w rankingu zarobiło łącznie 366 milionów dolarów. Jak żyć?

Nie ma więcej wpisów