Jimmy Page, legendarny gitarzysta Led Zeppelin, powiedział kiedyś: muzyka to najlepszy język do poruszenia serc ludzi na całym świecie. Z kolei francuski pisarz i dramaturg, noblista Romain Rolland twierdzi, że: muzyka, cokolwiek by mówić, nie jest językiem zrozumiałym ogólnie, konieczny jest łuk słowa, by strzała dźwięku mogła wniknąć do wszystkich serc.

Jak to jest więc w końcu z tą muzyką? Wystarczy dźwięk czy słowa są równie istotne? Najwyraźniej bywa różnie, ale najnowsze dzieło zespołu Myslovitz jest złotym środkiem stanowiącym doskonałą syntezę, która precyzyjnie łączy warstwę tekstową z muzyką.

Krążek 1.577 jest efektem rozmaitych inspiracji członków zespołu oraz producenta Marcina Borsa. To także pierwszy album nagrany bez Artura Rojka. Tematyka oscyluje wokół człowieka oraz typowych sytuacji i problemów życia codziennego, bazując na dobrze znanych każdemu z nas emocjach, takich jak miłość, radość, smutek, zagubienie czy poszukiwanie własnej tożsamości. Muzyka doskonale współgra z tekstami piosenek, całość brzmi niezwykle autentycznie, przez co strzała dźwięku rzeczywiście wnika prosto w serce słuchacza.

Klimatyczny Telefon (wszystkie trzaski czarnej płyty) czaruje swoją poetyką wrażliwością i nastrojową melodią, a Być jak John Wayne może z powodzeniem pomóc przetrwać chwilowe załamania czy stany depresyjne, uświadamiając, co tak naprawdę ma najistotniejsze znaczenie w życiu (widzę to i wiem, najważniejsze jest tuż obok mnie).

Mimo że zmienił się wokalista grupy, styl generalnie pozostał ten sam. Diametralnych różnic nie ma, raczej subtelne, rytmiczne elementy zaskoczenia (np. w Prędzej później dalej). Można zatem odetchnąć z ulgą, gdyż aranżacje utworów – mniej lub bardziej urozmaicone, ze wstawkami bądź bez, brudniejsze lub nie – nadal są charakterystyczne i w dalszym ciągu brzmią jak Myslovitz. Jedyne czego brakuje, to większej dawki gitarowego zdecydowania (Wojtek Powaga wcześniejszymi dokonaniami przyzwyczaił do nieco bardziej wyrazistych dźwięków swojej gitary).

Reasumując, nowa płyta, będąca dziesiątą w dorobku Myslovitz, to kawał dobrej roboty. Opowiedziane na niej historie skłaniają do refleksji i niewątpliwie urzekają, a muzycy po raz kolejny udowadniają, że nieprzypadkowo zespół określany jest czasem mianem klasa sama w sobie.

Nie ma więcej wpisów