Ich debiutancki album pojawił się w zeszłym roku, przynosząc im rozgłos wśród słuchaczy i krytyków. Za jego sprawą wystąpili na festiwalu Open’er, by pokazać się szerszej publiczności. Po całkiem krótkim czasie wypuścili drugi krążek. Jak wiadomo – historia lubi się powtarzać, dlatego ponownie pojawią się na scenie lotniska w Kosakowie w te wakacje.

UL/KR to zespół, którego płyty są bardzo dobrze zobrazowane przez okładki. Pierwsza prezentowała się w chłodnych barwach, rozświetlona pewną iskrą, za to druga jest gęsta, nieco mroczna, lecz posiada ciepłą kolorystykę. I tak jest też z muzyką na płycie Ament – wydaje się być nieco cieplejsza od swej poprzedniczki. Nierzadko bywają na niej momenty trochę cięższe – nie za sprawą mocnej gitary czy perkusyjnej stopy, a klimatu nabudowanego elektronicznymi smaczkami.

Błażej Król, czyli połowa gorzowskiego duetu, o drugiej płycie zespołu powiedział: To będzie tak, jakbyś patrzył na burzę, która przechodzi bokiem, bo rzeka jej nie przepuszcza. I coś w tym jest!

Głównym zastrzeżeniem albumu może być jego długość. Materiał ma niecałe 30 minut. Jednak jestem zdania, że nie jest to płyta do jednorazowego przesłuchania. I tu, paradoksalnie, wada zamienia się w zaletę. Krótki czas trwania sprawia, że nie mamy oporów przed ponownym odtworzeniem Amentu. Nie czuć zmęczenia czy przesytu nawet po kilkukrotnej podróży przez muzyczny świat UL/KR, a fragmenty utworów łatwo zapadają w pamięć. Co więcej, brak tu miejsca na słabe momenty czy nagraniowe odpady, które często można znaleźć jako dodatki wypełniające wolny czas na albumach.

Trzeba przyznać, że płyta jest bardzo spójna. Tu wszystko się zgadza, wszystko się klei i ma swoje miejsce. Leniwe, nieco monotonne podkłady są świetnym tłem dla wokalu Błażeja Króla, a jego barwa głosu i estetyka śpiewania wpasowują się w charakterystyczne teksty utworów. Wszystko idealnie się przeplata, tworząc zgraną całość. I właśnie to może być jednym z niewielu minusów tego albumu. Chciałoby się czegoś ponad tą zgraną formę, jakiegoś wyrwania poza schemat. Taki moment pojawia się niestety tylko raz – jako zakończenie piosenki Piekło.

Na płycie znajduje się kilka potencjalnych hitów, o ile można mówić o hitach w muzyce raczej niszowej. Na uwagę zdecydowanie zasługuje Anonim – jest to najdłuższa piosenka w krótkiej historii zespołu i, moim zdaniem, ich najlepsza. Świetnie wykorzystana każda sekunda utworu pokazuje kunszt muzyków. Po równie dobrych piosenkach, takich jak Magia, Piekło, Głupio, dochodzimy do przewrotnej kołysanki pt. Dzieci. Znana wszystkim piosenka z Misia Uszatka zamienia się w deklarację, którą już wcześniej poraziła Polaków kontrowersyjna Maria Peszek – deklarację o braku chęci posiadania dzieci.

Członkowie UL/KR przyznali, że planowali nagrać album ambientowy. Zamiast ambientu otrzymaliśmy Ament. I nie ma nad czym płakać, bo płyta jest bardzo dobra. Brakuje tu tylko drobnego przełamania twardej, choć lekko sennej formy mocniejszym, może nieco bardziej energicznym akcentem. Jednak i bez tego jest to zdecydowanie album, z którym należy się zapoznać – najlepiej kilkukrotnie.

Nie ma więcej wpisów