music is ... muzyka z najlepszej strony.

 

Rykarda Parasol. Against the Sun

Tak to zwykle bywa, że gdy czegoś bardzo nie możesz się doczekać, że gdy czekasz na tę rzecz z wielką niecierpliwością, moment w którym wreszcie upragnione nadchodzi… zawodzi. Tak było w chwili mojego pierwszego spotkania z najnowszą płytą Rykardy Parasol.

Gdzie ten mroczny klimat, co z rozbudowanymi filmowymi historiami, dlaczego wszystko brzmi podobnie? – to pierwsze myśli, które przyszły mi do głowy po przesłuchaniu Against the Sun.

Po kilku dniach postanowiłam włączyć tę płytę ponownie. Chciałam się przekonać, czy na pewno słuchałam nowego albumu Rykardy, czy to naprawdę po nim zostałam tak niemile zaskoczona. Tym razem starałam się podejść do płyty zarówno bez żadnych oczekiwań, jak i uprzedzeń. Osiągnięcie niemalże zerowego stosunku emocjonalnego pomogło dogłębnemu przyjrzeniu się temu albumowi.

Pierwsze co uderza na Against the Sun to jego akustyczność. Ponad połowę ogólnego brzmienia zapewnia gitara akustyczna, dalej pianino, a akcenty uzyskane zostały dzięki bębnom. Takie zestawienie przywodzi na myśl ostatnie albumy legendarnych wokalistek, które po wieloletniej karierze szukały odrobiny spokoju i wyciszenia. Mam tu na myśli ostatnie krążki Patti Smith czy PJ Harvey. Rykarda poszła w ich kierunku, jednak w jej przypadku nie można jeszcze mówić o należytej emeryturze. Na swoim koncie miała do tej pory dopiero trzy albumy, w tym jedną EP-kę.

Jak pies do jeża podeszłam po raz drugi do Against the Sun. Postanowiłam jednak skonfrontować tę płytę ze wspomnianymi, wcześniejszymi płytami. Chciałam się przekonać, czy słuszne były moje pierwsze spostrzeżenia. Czy rzeczywiście tamte płyty mają więcej mrocznego klimatu? Przesłuchując całe albumy lub poszczególne piosenki na zmianę da się zauważyć, że Rykarda rzeczywiście zwolniła, uspokoiła się tym razem. Nie powiedziałabym jednak, że wyszła z mroku – przemieściła się raczej do miejsca odwiedzanego przez większą ilość ludzi. Jej głos nie jest już tak zadziorny, fantastycznie opętany. Nie oznacza to jednak, że Rykarda złagodniała. Raczej dojrzała i postanowiła zatrzymać się w swoich dotychczasowych historiach i przygodach opowiadanych w piosenkach. Przystanęła, by przyjrzeć się otaczającemu jej światu, przez co widać wyraźne przejście od storytellingu do songwritingu.

Jej przystanek jest jednak specyficzny. Interpretując tytuł albumu w nawiązaniu do nazwiska artystki, otrzymujemy mnóstwo możliwych symbolicznych znaczeń. Te zdają się przybierać na silę, jeśli konfrontować je z zawartością albumu. Piosenki mają introwertyczny, duszący charakter. Rykarda, nomen omen Parasol, jest dla nas osłoną od słonecznego świata, wskazuje nam miejsca niejasne w dwojakim tego słowa znaczeniu. Są one odseparowane od słonecznego światła kojarzącego się przecież radośnie i wesoło, ale też są niejasne, jeśli interpretować je jako sytuacje w życiu człowieka, w których przystajemy, by zebrać myśli, przeanalizować wątpliwości i spojrzeć na siebie z pewnej perspektywy.

Nie wgłębiając się znów w szczegóły mojego oswajania, przyswajania i podchodzenia do Against the Sun, napiszę ostateczny (mam nadzieję) wniosek oraz końcowe wrażenie – z każdym kolejnym przesłuchaniem tej płyty zakochuję się w niej coraz bardziej. Aktualnie jest mi wstyd tego, co czułam po pierwszym odsłuchu i tego, co napisałam na samym początku tej recenzji. Tak jednak wyglądała moja przygoda z Against the Sun, której nie ma co ukrywać. Za to Wam proponuję ukryć się pod parasolem, który – zasłaniając słońce – odsłania mroczne miejsca. Podróżując po nich, możemy odkryć nieznane dotąd wrażenia, dostać niezwykłego zastrzyku adrenaliny oraz potężną dawkę emocji.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...