Jeśli ktokolwiek z Was miał wątpliwości co do tego, czy The xx uda się przenieść studyjne, poruszające brzmienie do ogromnej hali, po wczorajszym występie może mieć pewność, że były one bezpodstawne. Brytyjczycy dali niesamowity, pełen emocji koncert. Magię, jaką udało im się stworzyć, naprawdę trudno jest wyrazić słowami i jestem przekonana, że na długo pozostanie w mojej pamięci.

Równo o godzinie 20:00 na scenę wyszli Mount Kimbie, którzy starali się rozgrzać zgromadzoną w Torwarze publikę. Choć ich muzyka nie była zła i momentami naprawdę nieźle się bawiłam, to coś jednak nie do końca zagrało. Tym bardziej jestem ciekawa, jak poradzą sobie już nie jako support podczas Open’era. Po 45. minutach czystej elektroniki, jaką zaprezentowało trio, napięcie wzrosło jeszcze bardziej i nie opadło już do samego końca.

Mniej więcej o godzinie 21:30 zgasły wszystkie światła, a z dymu wyłonili się Romy, Jamie i Oliver, którzy od razu zostali przywitani piskami i oklaskami przez swoich fanów. Wraz z pierwszymi dźwiękami Try publiczność oszalała, co Romy skwitowała szerokim uśmiechem.

Po mocnym wstępie przyszedł czas na dwa utwory z debiutanckiego krążka – Heart Skipped a Beat, przy którym tłum nie przestawał klaskać w rytm utworu i nieco wolniejszą, klimatyczną wersję Crystalised. Końcówka tego ostatniego to był istny popis głosu Romy – na żywo brzmi on jeszcze lepiej. Świetnie wypadło także Reunion idealnie połączone z Far Nearer. Jamie, stojący nieco z tyłu, wyszedł wówczas na pierwszy plan. Aż trudno uwierzyć, że te wszystkie niesamowite dźwięki wychodzą tylko spod jego palców. Muzycy cały czas utrzymywali kontakt z publicznością – już samo wspomnienie ruchu scenicznego Olivera wywołuje u mnie szeroki uśmiech. Widać było, że Brytyjczycy bawią się równie dobrze, co fani i że granie sprawia im prawdziwą przyjemność.

Nie obyło się jednak bez małej, lecz uroczej wpadki. Trio pomyliło się przy Missing i przestało grać, na co żywiołowo zareagowała cała hala. Dostrzec można było pierwszy uśmiech poważnego dotąd Olivera, który ze śmiechem odliczył do czterech i z powrotem popłynęła muzyka.

Niespodzianką z pewnością było wykonanie Reconsider, którego – jak powiedział Oliver – możemy nie znać, bo pochodzi z B-side’u Coexist. Zaskoczyła także klubowa aranżacja Shelter, podczas której wszystkie oczy znowu zwróciły się na Jamiego. Po krótkim klubowym przerywniku przyszedł czas na długo oczekiwane przeze mnie VCR i Islands. Lekkość i swoboda grania spowodowały, że kompletnie odpłynęłam. Kończące podstawowy set Infinity dosłownie przenosiło w inny świat, a laserowe logo zespołu, które towarzyszyło utworowi, to z pewnością jeden z najlepszych koncertowych momentów, jakie dane mi było zobaczyć.

Brytyjczycy stworzyli spójny koncept. Zaserwowali nam istną ucztę nie tylko dla uszu, ale także dla oczu. Ogromny biały ekran, przed którym stał Jamie, prezentował się znakomicie, jeszcze bardziej potęgował prostotę i czystość płynącą z dźwięków. Efekty wizualne nie były nachalne, nawiązywały do motywów znanych z płyt. Lasery, reflektory, dym czy niesamowite różowe trójkąty przypominające chmury – nie było miejsca na chaos, wszystko było przemyślane, za co należą się zespołowi wielkie brawa.

Budzące niemały zachwyt laserowe logo pozostało jeszcze na bisie, kiedy to w akompaniamencie okrzyków i pisków The xx odegrali Intro. Na koniec wisienka na torcie – najbardziej wzruszający moment koncertu, czyli wspólne odśpiewanie Angels. Śpiewane przez kilkutysięczną publikę love love love robiło naprawdę ogromne wrażenie i zabrzmiało po prostu pięknie.

The xx udowodnili, że można porywać tłumy, nie robiąc zbędnego show. Nie trzeba wydawać milionów na pełne przepychu stroje, ani zatrudniać kilkudziesięciu tancerzy, żeby wzbudzić zainteresowanie. Muzycy cenią minimalizm, co – jak było widać w Warszawie – daje rewelacyjny efekt. Przy pomocy prostych środków zagrali na emocjach i sprawili, że liczyła się tylko muzyka.

Koncert dobiegł końca i choć zabrakło Basic Space czy Stars, to nie czuję niedosytu. Muzycy zeszli ze sceny z uśmiechami na twarzy, zachwalając przy okazji polskie piwo. Do Torwaru spokojnie zmieściłoby się więcej osób, sektory nie powalały frekwencją, a szkoda. Ci którzy zostali w domu, zdecydowanie mają czego żałować.

Nie ma więcej wpisów