Temu panu wolno generalnie wszystko. Nie jest ważne, co ktoś będzie myślał i mówił o jego wybrykach, nietypowych zagraniach marketingowych, współpracy z innymi muzykami czy wewnętrznych przemianach. Chyba nikt inny w showbiznesie nie miał tyle wybaczone i zapomniane co on. O kim więc mowa? Przed Wami Snoop Lion, znany wcześniej światu jako Snoop Dogg.

Muszę na początku nadmienić, że zawsze byłem fanem klasycznego, westcoastowego Snoopa nawijającego na klasycznym bicie bez żadnych muzycznych udziwnień. Jego coraz to nowsze i dziwniejsze muzyczne eksperymenty nie denerwowały mnie jednak dotkliwie, ale rysowały na mojej twarzy szeroki uśmiech, a wewnętrzny głos mówił tylko: znowu to zrobiłeś!

Tym razem przyszło mi skonfrontować się z albumem Reincarnated który, jak mówi sam muzyk, prezentuje odmieniony wizerunek Snoopa pod względem zarówno muzycznym, jak i światopoglądowym. Powinienem również wspomnieć, że nie jestem fanem muzyki reggae. Nie jestem również jej oponentem, ale po prostu nigdy nie trafiała do mnie tak, jak inne gatunki. Nie zmienia to faktu, że jej najważniejsze założenia znam – ma być melodyjnie, pozytywnie, pokojowo i trzeba nawiązywać do rastafarianizmu. W ten oto sposób, mając wspomnianą wiedzę oraz wielką sympatię i szacunek do artysty, zabrałem się za album Snoop Liona – Reincarnated.

Po jego odsłuchu zdziwiłem się bardzo pozytywnie, ponieważ nie jest to wcale album stricte reggae’owy, jak myślałem na początku. Muszę przyznać, że krążek jest bardzo sympatyczny. Wybaczcie to niezbyt profesjonalne określenie, ale nic na to nie poradzę, że tak naprawdę uważam.

Snoop odszedł od stylu gangsta na dobre. O ile w ciągu ostatnich lat od tego wizerunku muzyk odchodził stopniowo, o tyle na Reincarnated jest on już przeszłością. Lion apeluje o pokój, szacunek dla innych i matki natury. Nie rapuje o tym, ale delikatnie podśpiewuje, naprawdę umilając czas. Dla osób, które do takiego stanu rzeczy trudno przekonać lub nie wiedzą, że Snoop lubił śpiewać już wcześniej, polecam sprawdzić chociażby utwory Cool czy Sensual Seduction, które pochodzą z albumu Ego Trippin’.

Wracając do istoty – muzycznie album reprezentuje nowoczesne reggae uzupełnione o elementy dancehallu, popu i hip-hopu. Duża w tym zasługa producentów wykonawczych albumu – Diplo i jego projektu Major Lazer, którzy wyprodukowali w ciągu ostatnich lat masę hitów w oparciu o wspomniane gatunki muzyczne.

Reincarnated to muzyka rozrywkowa, przyjemna dla ucha i przede wszystkim pozytywna, co powoduje, że po raz kolejny trudno denerwować się na Snoopa. Warto zwrócić uwagę na kilka numerów, które wyróżniają się na tle płyty. Sam jestem trochę zdziwiony tym, że występ Miley Cyrus w numerze Ashtrays and Heartbreaks jest jednym z tych, które zostaną w mojej pamięci na dłużej. Fantastycznie zaprezentowała się również Angela Hunte w utworach Here Comes the King, So Long i Get Away. Udział Izy Lach w bardzo przyjemnym kawałku The Good Good również należy uznać za udany. Osobiście jestem jeszcze fanem numeru Lighters Up z gościnnym udziałem Mavado i Popcaana. Większość utworów naprawdę może przypaść do gustu ze względu na dźwiękową lekkość i melodyjność. Wyjątkiem jest pozycja o tytule No Guns Allowed – sama kompozycja nie drażni, ale gościnny występ Drake’a, mimo że szanuję go jako wokalistę i rapera, jest według mnie jednym z najsłabszych momentów na płycie i nie pasuje do charakteru utworu. W pozostałych kawałkach udzielili się jeszcze Akon, Busta Rhymes, Chris Brown, Collie Buddz, Cori B, Elan Atias, Mr. Vegas, Rita Ora i Jahdan Blakkamoore.

Jak wspomniałem, jest to album sympatyczny. Aż i tylko. Sympatią darzę przede wszystkim postać Snoopa i to ona odpycha mnie od negatywnej oceny samej płyty. Widać, że jest w tym pewna metoda, od której Snoop raczej uciekać nie będzie. Bądź pozytywny – inni też tacy będą. Ta naiwna – ale i piękna w swojej prostocie – myśl towarzyszy artyście od lat i przyświecała zapewne powstanie albumu Reincarnated, który w ostatecznym rachunku można nazwać przyjemnym i generalnie słuchalnym. Minusem jest to, że produkcji o takim charakterze jest w dzisiejszych czasach dużo. Oczekiwałem czegoś niespodziewanego, jak np. jakichś szalonych rozwiązań muzycznych, na które mógłby pozwolić sobie tylko Snoop i jego niewątpliwa fantazja. Liryczna warstwa albumu nie jest najmocniejszą stroną produkcji, ale zawiera w sobie tyle pozytywnego przekazu, że nie należy sobie nią zaprzątać umysłu.

Istotna jest również kwestia samej przemiany aka reinkarnacji Psa w Lwa. Dla wszystkich, którzy chcą się w ten temat zagłębić, polecam obejrzenie filmu Reincarnated w reżyserii Andy’ego Cappera. Ja w to za bardzo nie wierzę i zaistniała przemiana nie trafia do mnie na tyle, żebym przyzwyczaił się do tego, że Snoop już nigdy nie wyda albumu stricte hip-hopowego. Albo inaczej – nie chcę w to wierzyć.

Nie zmienia to faktu, że Reincarnated to album rozrywkowy, przy którym będziecie się dobrze bawić. Całą ambitną otoczkę po prostu sobie darujcie. Jak zaznaczyłem na początku – to jest Snoop, jemu wszystko wolno.

Nie ma więcej wpisów