– Muzyka to po prostu moje hobby, nie jestem zbyt dobrym klarnecistą – stwierdził z pewną śmiałością Woody Allen, zawierając w swojej wypowiedzi – prawdopodobnie świadomie – nader błyskotliwą i niemniej przy tym wątpliwą tezę, wprawiając mnie w konsternację i jakieś takie gdybanie z pogranicza błahej spekulacji.

Otóż, jak zgoła powszechnie wiadomo, z Trudnych spraw oraz temu podobnych fenomenów paradokumentalnych, nawet najbardziej zaprawionym hobbystom nie zawsze dobrze wychodzi praca na materii ich zainteresowań. Nie śmiałabym podważać tutaj umiejętności i talentu wielkiego amerykańskiego reżysera, bo i nie leży to w mojej kompetencji, a co więcej jestem wielką entuzjastką jego twórczości – od papieru, przez filmy, na muzyce skończywszy. Wówczas można by to porównać z krytyką biznesmana Rydzyka przez babcie moherowe.
Chodziło tu raczej o być może naiwne porywanie się na tłumaczenie zjawisk bakcyla i pasji w kontekście dzisiejszej kultury konsumpcyjnej oraz tych coraz częściej materialnych pobudek, dla których powstają nowe utwory muzyczne, kiedy to lansowani są coraz młodsi wokaliści, którzy dopiero wyrośli z pampersów et cetera, et cetera. Na szczęście wraz z przybywaniem kolejnych znaków, ochota jakoś dziwnie mi przeszła, bo owa hobbystyczna topika mogłaby stanowić wstęp do jakiś głębszych (nader eseistycznych) refleksji kulturoznawczych, niż dostarczać tworzywa felietonowi jako takiemu.

Asumpt tego tekstu był niejeden, perwersyjna fascynacja scenariuszem Annie Hall i wczorajszy romans Scarlett Johansson z Barceloną, czy po prostu przekonanie, że Allen jest najlepszym muzykiem wśród filmowców i najlepszym filmowcem wśród muzyków. W rozwinięciu zdradzę myśl mą finalną, że Allen, choć niewysoki, jest wielki. To rzygający błyskotliwym humorem hipochondryk idealny. Nie stosuje on oklepanych chwytów dźwiękowych, które intencjonalnie atakują naszą podświadomość, budując napięcie, czy powodując znikomy uśmiech na twarzach. U Allena muzyka ma przecież ten sam cel, jak każde utwory instrumentalne w produkcjach filmowych. Nie czerpie on jednak z popowych shit-produkcji, w których nastoletni chłopcy śpiewają o wielkiej miłości (chyba do Counter Strike’a). Przypuszczalnie to miłość skrajnie edypalna. Nie wiem (choć czytuję Freuda), może.

Allen odwołuje się do twórczości takich sław jak Ella Fidgerald, Louis Armstrong, Stan Kenton, Duke Ellington, Glenn Miller, Benny Goodman, Cab Calloway, Brian Setzer. Nazwiska te krzyczą klasyką z gatunku tych wzbudzających respekt dla ich niemniej imponującego dorobku. Woody Allen stworzył kinowy fenomen inteligentną komedią zwany, który zaistniał w wyniku syntezy światowych ikon turystycznych pragnień – m. in. Nowego Jorku, Paryża, Barcelony – oraz muzyki Gershwina i artystów odpowiadających gabarytami tego typu wielkiej twórczości. Reżyser udowodnił tym samym, że fenomenalna muzyka budująca klimat filmów wielkich reżyserów, powinna, a wręcz musi opierać się na czymś więcej niż miałkiej kolekcji ukradzionych instrumentalnych, bublowatych motywów.

Allen pisze, Allen reżyseruje, Allen gra na klarnecie. Jest osadzonym w postmodernizmie człowiekiem oświeconym (na pewno nie żarówkami OSRAM). Od 1971 roku występuje ze swoim zespołem New Orleans Funeral and Ragtime Orchestra, czyni to z wielkim zaangażowaniem, większym od poświęcenia ostatnich prawdziwych Polaków, obrońców, krzyża, życia, papieża olbrzyma czy Trwamu w Multipleksie. Jakby sukcesów było mało, Woody Allen razem z Preservation Hall Jazz Band w Nowym Orleanie nagrał muzykę do filmu Śpioch z 1973 roku. Co więcej, ma przy tym absolutnie genialną intuicję do selekcji utworów muzycznych – gustuje w klasykach klasyki. Niejednokrotnie przedkładał muzykę nad pracę na planie filmowym. Z powodu prób czy koncertów kolidujących ze zdjęciami, rezygnował z tego drugiego na rzecz pierwszego. Robienie wszystkiego na raz nie wychodząc, wychodzi tylko Nataszy Urbańskiej.

Dodam na sam koniec, że naiwnie chciałabym, by powstawało więcej filmów wybitnych, bo Allen jest jeden, a odbiorców cały świat i choć kultura popularna rozładowuje napięcie jak masturbacja, to mainstream powoli się przejada, a widzowie stają się bardziej wymagający. Polska natomiast to kwestia osobna, o Polsce nie można mówić w kontekście uogólniającym, Polska jest zupełnie wyjątkowym krajem, nie tylko ze względu na nieudane mesjanistyczne ambicje Mickiewicza i temu podobnie zapędy biznesmana Rydzyka – nawet sam MacGyver nie spieprzyłby soli tak dobrze, jak my. Miło by jednak było, gdyby polscy producenci inwestowali – nawet na kacu – w coś bardziej ambitnego niż scenariusze romansów na quasi-historycznym tle, filmy mówiące o polskiej młodzieży prawdę, która jest w sumie kłamstwem, czy w niskie buble o piciu napoi wyskokowych w Warszawie. Równie miło, by było, gdyby ścieżki dźwiękowe do owych idealnych w zamyśle filmów, bazowały na czymś więcej, niż słodkich do porzygu miłosnych manifestach. Bo, jakby to powiedział Allen, powstają one bez celu z niczego i ostatecznie znikają na zawsze.

Nie ma więcej wpisów