Wieczór Set It Off Tour (no tak – 13 maja) nie zaczął się dla mnie dobrze – z powodu wiecznego zabiegania i ogólnej dezorganizacji dotarłem do 1500m2 zbyt późno, żeby zobaczyć występy Blackbird Blackbird i Giraffage, więc zaraz po dotarciu na miejsce skierowałem się pod scenę, aby zobaczyć chociaż część koncertu Slow Magic.

Snujące się leniwie niczym upalne popołudnie dźwięki szczelnie wypełniły fabryczną przestrzeń klubu, znacznie ją ocieplając. Tajemniczy, ukrywający się pod maską tęczowej zebry artysta najwyraźniej świetnie się czuje w swojej stylistyce, bo nie szczędził publice miłych gestów, wychodząc raz po raz przed barierki i zachęcając do zabawy. Kołyszący się w błogim transie ludzie sprawiali jednak jednoznaczne wrażenie – wszyscy przyszli tam tylko i wyłącznie dla muzyki. Kiedy komputer Slow Magic zaintonował pierwsze takty nostalgicznego Corvette Cassette, cała sala, włącznie z niżej podpisanym, przeniosła się chyba w myślach na oświetloną zachodzącym słońcem plażę i nie było już na sali sceptyków. Po zakończeniu imprezy wiele osób podkreślało, że przyszło do 1500m2 głównie na XXYYXX, ale najbardziej podobał im się właśnie live/DJ-set Slow Magic.

Jeśli chodzi o samego Marcela Everetta, czyli gwóźdź programu, to od strony technicznej jego występ wyglądał bardzo podobnie jak poprzedni. Laptop i kontroler MIDI coraz częściej wystarczają, aby zagrać własny materiał w postaci czegoś pomiędzy występem na żywo a DJ-setem. Nie jest to może najbardziej efektowna forma prezentowania muzyki, ale dla artystów, za którymi nie stoją pieniądze wielkich wytwórni to jedyna kalkulująca się możliwość promowania swoich numerów bez dokładania do interesu – to powinno być jasne dla wszelkich malkontentów. Niestety, początek koncertu XXYYXX upłynął pod znakiem trudności z nagłośnieniem. Artysta utrzymywał, że to nagłośnieniowiec przycisza jego sygnał w trosce o sprzęt, ten drugi z kolei twierdził, że problem leży po stronie artysty. Prawda prawdopodobnie leży pośrodku – dźwięk zanikał w momentach, kiedy wchodziły masywne basy, więc można podejrzewać, że winny był źle stykający kabel, co powinno było zostać naprawione przez jednego z panów. Tak, czy siak, brzmienia, jakie produkuje Everett szybko zjednały mu sympatię słuchaczy. Znane nam numery, takie jak samplujące wokal Amy Winehouse Fields czy oparte na hicie TLC Good Enough, zostały zaprezentowane w bardziej rozwiniętych, miejscami poszatkowanych wersjach. W połowie koncertu zdałem sobie sprawę, że jeśli taką, opartą na czystych, ciepłych samplach i pełną emocji muzykę graliby warszawscy didżeje, to z chęcią chodziłbym na ich imprezy co tydzień. Odświeżające było to, że taneczność w tej muzyce jest jakby produktem ubocznym, a nie celem samym w sobie. Ta muzyka przede wszystkim wprawia w doskonały humor i sprzyja leniwie rozwijającej się imprezie. Przerywniki w stylu lekko breakcore’owego numeru przypominającego dokonania Aphex Twina nie pozwalały się nudzić, ale wszystko zmierzało ku jednemu.

W końcu zabrzmiały takty znakomitego About You i cała sala zanurzyła się w masywnym basie i powykręcanych wokalach Beyoncé, a ja zdałem sobie sprawę z tego, co tak naprawdę przyciąga ludzi do XXYYXX. Marcel po prostu umiejętnie wyszukuje sample wokalne z przesiąkniętych popkulturą i koniukturalnym podejściem do muzyki, kiczowatych utworów r’n’b i tworzy z nich nową jakość, obudowując je nowoczesnymi brzmieniami i zupełnie inną wrażliwością. Powiedziałbym, że jak na 18-latka robi to wręcz fenomenalnie. Dlatego po jego występie zadowolona publiczność chętnie została jeszcze pobawić się przy ciekawym wyborze utworów (m.in. Stay Positive) prezentowanych przez didżejów z Beat Culture, a zła sława zarówno poniedziałków, jak i pechowej daty została odczarowana.

Nie ma więcej wpisów