Crystal Fighters to zespół koncertowo-uzależniający, o czym po raz kolejny miałam okazję przekonać się w ubiegłą sobotę. Zanim jednak przejdę do zachwytu nad ich niesamowitą energią, jaką obdarzyli każdego w warszawskim Palladium, przydałoby się poświęcić parę słów supportowi.

Równo o godzinie 20:00 rozpoczął się występ No Ceremony/// stanowiący preludium sobotniego wieczoru. Nie będę jednak sztucznie unosić się nad ich występem, gdyż nie uważam, by wnosili jakąś świeżość do świata muzyki. Słuchało się ich dość przyjemnie, ale nic poza tym. Szczerze mówiąc, przypominali mi łagodniejszą, trochę zaspaną wersję The Naked and Famous. No Ceremony/// nie porwali mnie, ale byli idealnym tłem do picia piwa w europejskiej cenie i zawierania koncertowych znajomości. Spodziewałam się także dłuższego występu, ale skończył się on szybciej, niż zdążyłam się zorientować. Dlaczego wolałabym, by ich koncert trwał jednak aż do wejścia Crystal Fighters na scenę? Dlatego, że to, co zaserwowano nam z głośników podczas około dwudziestopięciominutowej przerwy, robiło papkę z mózgu. I jakkolwiek Crystal Fighters również robią z mózgiem, co im się podoba (przy czym człowiek jest jak najbardziej z tego powodu uradowany), tak elektroniczno-trance’owy klimat, gwałcący moje uszy, sprawiał, że nie należałam w tamtym momencie do najszczęśliwszych w klubie.

Godzina 21:02 – dość kręcenia nosem i marudzenia. Łagodny wstęp i przejście w Solar System. To mocne uderzenie już na samym początku spowodowało, że sala, wypełniona niemalże po brzegi, oddała się bez protestu muzyce Crystal Fighters. Obserwacja jednostajnie szalejącego tłumu wywołała uśmiech na twarzach wszystkich – zarówno publiczności, jak i członków zespołu. Pierwszą piosenką z płyty Cave Rave była LA Calling. Energiczny utwór, mimo że znany mniejszości, nie przyczynił się do opadnięcia tempa. Publika żywo zareagowała na ten, niemal pozbawiony wstawek elektronicznych, numer. Była to pierwsza w zestawie piosenka, która przeniosła nas w inny, plażowy wymiar. Brzmiała jak wakacyjny ideał.

Zespół nie dawał chwili wytchnienia i po rozbujaniu się przy dźwiękach LA Calling znów nas poniosło. Follow to jeden z tych kawałków, bez których nie wyobrażam sobie koncertu Crystal Fighters. Jest prawdziwą muzyczną bombą, zdetonowaną podczas koncertu bez najmniejszego zarzutu. Żeby jednak trochę zaburzyć perfekcyjność tego wieczoru, wspomnę o I Do This Everyday, czyli utworze nieobowiązkowym. Uważam, że był to najsłabszy punkt programu. Piosenka sama w sobie oczywiście zła nie jest, ale raziła mnie partia wokalu – był zdecydowanie za cicho w stosunku do muzycznego rozgardiaszu, obecnego przez prawie cztery minuty. Zamiast tego, chętnie posłuchałabym With You – jedynego brakującego podczas koncertu utworu z debiutanckiego albumu Star of Love.

Idealnie wyważona setlista o budowie klamrowej to następny plus koncertu w Palladium. Jeśli chodzi o układ nowych utworów – lepszy być nie mógł. Wstęp – muzycznie oswojony, następnie przeplatanie nowych piosenek z już osłuchanymi, by dojść do kulminacyjnego momentu promocji, jeszcze nie do końca znanego (trzy nowości pod rząd: You & I, Love Is All I Got i Wave), po czym nastąpiło ponowne przemieszanie świeżynek z weteranami.

Swallow – chyba najsoczystszy elektronicznie utwór zespołu – uplasował się praktycznie w samym środku koncertu. Szczerze uwielbiam Swallow w wersji na żywo. Żadne (nawet najlepsze) słuchawki czy głośniki nie oddadzą tego dupstepowego uderzenia, które podczas koncertu przyczyniło się do eksplozji przenikającej wszystkich na wskroś.

Oczywiście nie ma koncertu Crystal Fighters bez Plage. Jeśli bym mogła, to zaspamowałabym w tym miejscu bite trzy linijki określeniem dzikie szaleństwo, a i to chyba by nie wystarczyło, aby oddać klimat, jaki wytworzył się w trakcie tej piosenki. Przy At Home nastąpiło apogeum radości. Zespół wyglądał na naprawdę zadowolony z występu, a my zastanawialiśmy się, czy grupa z taką ilością koncertów w Polsce faktycznie niebawem nie zacznie tu mieszkać. Po ochoczym odśpiewaniu przez publiczność wspomnianej piosenki, Crystal Fighters zeszli ze sceny, by za chwilę wrócić z jeszcze dwoma utworami (I Love London i Xtatic Truth).

Przyszedł czas na wyczekiwany przez wielu klubowy kawałek I Love London. W jednej sekundzie cała publika nazywała się Mimi, a ja zastanowiłam się przez moment nad fenomenem tej piosenki. Słuchając jej w domowym zaciszu lub miejskim zgiełku, naprawdę za nią nie przepadam (i wcale nie dlatego, że hejtuję Londyn). Czułam się jak największa w świecie hipokrytka, podrywając się już drugi raz w życiu do dźwięków I love London. Nie wiem, czy istnieje osoba, która aż tak bardzo nie lubi tej piosenki, by podczas koncertu nie kiwnąć przy niej choć palcem.

Jak wypadła na żywo płyta Cave Rave, która dopiero co ujrzała światło dzienne? Ze wszystkich piosenek zespół wybrał sześć i myślę, że najnowszy dorobek, który usłyszeliśmy w Palladium, był strzałem w dziesiątkę. Crystal Fighters zebrali samą utworową śmietankę, która wprawiała w pogodny nastrój nawet największych smutasów. Co prawda klimat nowych kawałków bardziej przypomina beztroski Plage, a nie dogłębnie elektroniczny Swallow, ale nie uważam tego za wadę – wręcz przeciwnie. Dzięki temu koncert był zrównoważony muzycznie, a nowości naprawdę dawały radę i nie wywoływały nieprzyjemnego rozczarowania.

Można mówić, że niedługo Crystal Fighters będą grali więcej koncertów w Polsce niż hepisedy, ale moim zdaniem są warci każdej wydanej złotówki. A jeśli dodatkowo kotlety tego typu zmuszają podczas koncertu do spalania zbędnych kilogramów, to ja poproszę o open’erową dokładkę za miesiąc.

Nie ma więcej wpisów