Czy retoryczne pytania do Boga, refleksje na Jego temat i dywagacje odnoszące się do sensu istnienia to odpowiedni materiał na płytę? W końcu te inspiracje są już nieco wyeksploatowane i w tej materii trudno o jakiekolwiek nowe osiągnięcia czy błyskotliwe wnioski. Wydawać by się zatem mogło, że to nie do końca właściwy kierunek. Chyba, że owe zagadnienia transcendentalne bierze na warsztat zespół Lao Che.

Muzyka Lao Che jest niczym wielka biblioteka pełna rozmaitych półek, szufladek i zakamarków. Wymyka się klasyfikacjom, bo na każdym kroku stykamy się z czymś nowym, trafiamy na rzeczy dziwne, często niezrozumiałe, a we wszystkich kątach czai się coś, co  intryguje i w każdej chwili może nas zaskoczyć. Jak w bajce o Kubusiu Puchatku…

Specyficzny album Gusła, będący zestawieniem staropolskich, pogańskich zwyczajów z  motywami chrześcijańskimi, stanowiący ukłon w stronę religii, poruszający kwestię wiary i grzechu, dialog z Bogiem, Gospel, pełna elektronicznych brzmień płyta Prąd stały / Prąd zmienny czy wreszcie – chronologicznie – drugi krążek w karierze zespołu, poświęcony wydarzeniom historycznym, uhonorowany przez prezydenta Bronisława Komorowskiego Srebrnym Krzyżem Zasług, Powstanie Warszawskie, dzieło uważane przez zdecydowaną większość za najlepsze w dorobku Lao Che.

Jak widać, z każdym kolejnym albumem jest jak ze Stumilowym Lasem i jego mieszkańcami – im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było… Tylko na odwrót. Im więcej czasu poświęcamy na zapoznanie się z twórczością zespołu i dłużej słuchamy kolejnej płyty, doszukując się sensu, tym głębiej wchodzimy w odrealniony świat dźwiękowych opowieści i tym więcej z niego rozumiemy, a w pozornym absurdzie dostrzegamy znaczenie.

I tak jak każdorazowe wejście Kubusia Puchatka i jego przyjaciół do baśniowego lasu jest emocjonującą wyprawą pełną przygód, tak każdy krążek Lao Che dostarcza nam całą masę różnych wrażeń i refleksji, a wiadomość, że zespół pracuje nad nowym materiałem zawsze wzbudza emocje i nasuwa pytanie: co to będzie tym razem? Nie inaczej było z Soundtrackiem – piątym studyjnym albumem. Zapowiadało się wyjątkowo. Powiało ekscytacją – produkcją zajął się samEddie Stevens (znany m.in. ze współpracy z Moloko), a ponadto, muzyka miała stanowić ścieżkę dźwiękową do filmu. Wszystko bez wątpienia zabrzmiało dumnie. Niestety, ekipa filmowa wycofała się z realizacji i tym samym obiecujący pomysł przeszedł do historii. Miał być film, a tymczasem został tylko podkład muzyczny. Tylko tyle, a może aż tyle?

Zdecydowanie skłaniałabym się ku opcji aż tyle – niekonwencjonalne, błyskotliwe, pełne humoru, a momentami wręcz kontrowersyjne teksty w połączeniu z eksperymentalną muzyką sprawiają, że dzięki owej różnorodności stylistycznej każdy może wyobrazić sobie obrazy, ułożyć z nich scenariusz i stworzyć sobie własny film – w swojej głowie.

Spięty po raz kolejny udowadnia, jakim jest znakomitym tekściarzem. Bawi się słowami, w liryczny sposób odwołuje się do relacji z Bogiem, przemijania i życia. Cała ta poetyka, złożona z rozbudowanych metafor, ujmuje swoją autentycznością, wrażliwością i głębią. Konstrukcja wyrazów, jak zawsze, pozostaje prosta i zarazem wyjątkowo trafna.

Warstwa muzyczna jest uboższa o riffy gitarowe – po odejściu Krojca zespół nagrywa i występuje jako sekstet. Zamiast wyrazistych solówek gitarowych, jest dużo elektroniki (Na końcu języka), są odgłosy natury (wiatr i cichy śpiew ptaków w Idzie wiatr), wstawki w stylu muzyki hip-hop (Jestem psem), energia na kształt punku (Zombi!), mnóstwo sampli i syntetyzatorów, dużo basu (4 piosenki), echo ambientu (Govindam), jazzowe odnośniki i charakterystyczne klawisze. Melodie przeplatają się z rytmem, dynamiką i frapującymi, nietypowymi tekstami, tworząc specyficzny nastrój.

I chociaż Soundtrack jest bardziej stonowany niż poprzednie wydawnictwa, brak mu przebojowości, nie bawi, nie jest chwytliwy i nie porywa w takim stopniu jak chociażby Gospel czy Powstanie Warszawskie, a przy pierwszym przesłuchaniu może wręcz przytłoczyć słuchacza i zniechęcić, to bez wątpienia, jeśli się z nim oswoi i da mu szansę, przyciągnie i zahipnotyzuje swoją treścią, bo Lao Che jest jak narkotyk – jeśli się raz spróbuje, z biegiem czasu uzależnia.

Nie ma więcej wpisów