A$AP Rocky zasłynął swoim mixtapem Live.Love.A$AP wydanym w 2011 roku. Była to nieszablonowa, zróżnicowana muzycznie produkcja uzupełniona o charyzmatyczne flow i generalnie niezbyt górnolotne teksty, przesycone elementami stylu bragga. Luz, trafne porównania i inteligentna gra słów spowodowały, że artystą zainteresowały się zarówno wytwórnie, jak i słuchacze rapu.

Dzięki wspomnianej płycie o A$APie zrobiło się naprawdę głośno i coraz częściej mówiono, że jego oficjalny debiutancki album może być swoistą rewolucją. Daleki jestem od nazwania albumu Long.Live.A$AP rewolucją, ale jest to krążek, który uwielbiam i póki co żadna inna płyta rapowa nie zrobiła jeszcze w tym roku na mnie takiego wrażenia, jak właśnie ta.

Album to kompozycyjny sztos. Rzadko kiedy można usłyszeć zbiór TAKICH bitów na jakiejś rapowej płycie. Produkcje są charakterystyczne, oryginalne, przesuwające nieco granicę zarówno klasycznego rapu, jak i innych jego nurtów. Na płycie usłyszycie delikatniejsze bangery, mocniejsze elektroniczne akcenty i ciekawe instrumentalne zróżnicowanie. Większość podkładów cechuje się umiarkowanym tempem, co powoduje, że możecie skupić się na świetnych nawijkach gospodarza.

Za produkcje odpowiadają m.in. sam A$AP Rocky, Birdy Nam Nam, Hit-Boy, Danger Mouse, Hector Delgado, Clams Casino, T-Minus i Skrillex. Kawałek z tym ostatnim, Wild for the Night, na pewno należy do jednych z bardziej żywiołowych z całego albumu. Warto zwrócić uwagę na kawałki LVL i Hell nagrany wraz z Santigold, które wyprodukował Clams Casino. Polecam jeszcze PMW (All I Really Need) ze Schoolboy Q, Fashion Killa, Fuckin’ Problems (wspólny track z Drakiem, 2 Chainzem i Kendrickiem Lamarem) i Ghetto Symphony nagrany z Gunplayem i A$AP Fergiem. Męczy nieco kawałek produkcji Hit-Boya, 1Train, który być może nie jest nieudaną produkcją, ale biorąc pod uwagę dźwiękową monotonię bitu, siedem osób w nim nawijających to zdecydowanie za dużo.

Wszyscy goście albumu dobrze się spisali i wpasowują się w klimat poszczególnych numerów A$APa. Poza już wspomnianymi, na płytę dograli się również OverDoz, Joey Bada$$, Yelawolf, Danny Brown, Action Bronson, Big K.R.I.T. i Florence Welch z Florence and the Machine. Bujająca, wpadająca w ucho i odpowiednio zróżnicowana muzyka powoduje, że płyty naprawdę świetnie się słucha i warto po nią sięgnąć, jeśli wcześniej nie miało się okazji.

Nieco inną kwestią są nawijki. A$AP nie jest wybitnym tekściarzem. Skupia się głównie na swojej osobie, wspominając o własnych błędach i życiowych problemach, przeplatając to przechwałkami dotyczącymi swojego genialnego stylu, materialnego bogactwa czy sposobu traktowania kobiet – niewątpliwie jednym z ulubionych słów rapera jest wyraz bitch. Wiele osób uważa, że to największy minus albumu, ale mi to w ogóle nie przeszkadza. A$AP nie sili się, aby być kimś, kim w rzeczywistości nie jest. Jego teksty są proste – często bardzo – ale to jak płynie po bitach, w jakie dźwięki wpasowuje się bez najmniejszego problemu, budzi mój szacunek i uznanie. Kiedy mam ochotę posłuchać rapowego inteligenta – sięgam po innych artystów, kiedy chcę kwintesencji współczesnego rapu – włączam najczęściej Yelawolfa, 2 Chainza, Kendricka Lamara i właśnie A$APA. Nie chcę powiedzieć, że wspomniani raperzy nie są inteligentni, ale podoba mi się to, że nie robią niczego na siłę i pokaz, a rap w ich wykonaniu nie jest przeintelektualizowany.

Mam nadzieję, że kolejne produkcje A$APa Rocky’ego utwierdzą mnie w przekonaniu, że nie jest to sezonowiec i pozostawi po sobie bogate dziedzictwo w hip-hopowej kulturze. Poza tym, zawsze lubiłem niepokornych cwaniaków, bo to oni często ratują niektóre gatunki i nurty muzyczne przed stagnacją.

Long.Live.A$AP to niewątpliwie świetna produkcja, idealnie uzupełniona obecnością charyzmatycznego gospodarza. Gdyby to jednak bity uzupełniały gospodarza, usłyszelibyście arcydzieło współczesnego rapu.

Nie ma więcej wpisów