Nigdy nie byłam fanką Beyoncé, nigdy nie kupiłam jej płyty i nigdy nie zasłuchiwałam się w jej utworach. Nie śledziłam jej tras koncertowych, nie czekałam na jej występ w naszym kraju, więc wiadomość o jej pierwszym przyjeździe do Polski nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Obeszła mnie wręcz – i tak nie zamierzałam się wybrać na jej koncert. Losy z zamiarami jednak się minęły i w poprzednią sobotę pojawiłam się na Stadionie Narodowym w Warszawie. Pomimo wielkiego uwielbienia dla zespołu Basement Jaxx, z niecierpliwością oczekiwałam jednak tego ostatniego show, które miała zagwarantować obojętna dla mnie, a dla wielu z Was Królowa Bey.

Czekając na wejście głównej gwiazdy wieczoru z całym swoim zespołem, spodziewałam się ogromnego show. Nie ukrywam, że to dla niego byłam skłonna pojawić się tego wieczoru na stadionie, chcąc po prostu nacieszyć oczy niezłym widowiskiem. Wiedziałam na tamten moment, że akurat tego Beyoncé odmówić nie można. Czy się rozczarowałam? Czy moje oczekiwania zostały spełnione? Myślę, że to, co przeżyłam tamtego wieczoru, zmieniło całkowicie moje podejście do gwiazd wielkiego formatu. Do tej pory potrafiłam doceniać w większej mierze niszowe produkcje, które uważałam za bardziej wartościowe z racji ich świeżości i odrębności od całego wielkiego świata show biznesu. Nie sądziłam jednak, że podczas koncertu Beyoncé doświadczę tak ogromnego profesjonalizmu i pedantyczności wykonywania swojej pracy.

Dziesięć minut po godzinie 23:00. Ciemność, nagły krzyk i wprowadzenie do występu na ekranie, które spowodowało, iż cała publiczność w jednym momencie wstała na baczność. Szaleństwo ogarnęło wszystkich zgromadzonych, jeśli zarejestrowane w tamtym momencie ruchy można tak nazwać – ludzie wyskakiwali jak z procy ze swoich miejsc siedzących, skakali z radości, machali rękoma nad głowami. Jednak to nic w porównaniu z tym, co zaczęło się dziać po wejściu Beyoncé na scenę. Jeśli mam być szczera, moje serce w tamtym momencie zaczęło bić mocnej, Run the World (Girls) otworzyło wrota do totalnego, dwugodzinnego szaleństwa emocji.

Każda z sekund występu była emocjonująca, każda luka była wypełniona ciekawością, niedosytem i oczekiwaniem na więcej. Każdy utwór kończył się w kilka chwil, bo podekscytowanie było tak ogromne, że czas uciekał jak przez palce. Zespół był totalną jednością, wszystko zagrało jak w zegarku. Zmodyfikowany utwór If I Were a Boy, dobrze znany Baby Boy, Crazy in Love, Single Ladies czy wreszcie – na koniec – szalony kawałek Grown Woman.

Beyoncé pokazała mi podczas tamtego wieczoru, że można być dobrze znaną, cenioną gwiazdą, jak również znienawidzoną dziewczyną, która zrobiła dużą karierę. Można stanąć po dwóch stronach i, pomimo tego wszystkiego, udowadniać ludziom na żywo, że w tym wszystkim, co tworzy, co kocha – jest profesjonalistką. Po dwóch godzinach spędzonych z muzyką, do której nigdy wcześniej nie byłam przekonana, z ręką na sercu mogę stwierdzić, iż trafiła do mnie w pełni. Ostatni utwór, Halo, w blasku niebieskich balonów spowodował, iż prócz ogromnej energii, wydobyłam z siebie również wzruszenie.

Beyoncé, jesteś profesjonalistką w wydobywaniu ludzkich emocji.

Nie ma więcej wpisów