Istnieją recenzje, które rodzą się w takich bólach, że sam proces kwantyfikowania wartości płyty zabiera jej trochę uroku. Zabranie się do recenzji Shaking the Habitual omijałem do niedawna szerokim łukiem, ale w końcu zdałem sobie sprawę, że od niej nie ucieknę. Postaram się więc budzące się przez kilka miesięcy pojedyncze strzępki opinii o tym albumie skonsolidować w strawny i w miarę logiczny tok rozumowania.

Przede wszystkim, co zostało powiedziane już niezliczoną ilość razy, jest to płyta trudna i wymykająca się próbom opisania. Rodzeństwo Dreijer po raz kolejny udowodniło, że potrafi wprowadzić w muzyczny światek tyle zamieszania, co mało kto, i nie mówię tutaj jedynie o urągającej jakiemukolwiek gustowi okładce. Po pierwszym przesłuchaniu uderza przede wszystkim to, jak mocno rozciągnięta w czasie jest to płyta (a właściwie to dwie płyty). Nawet abstrahując od trwającego prawie 20 minut ćwiczenia z dronów pod tytułem Old Dreams Waiting to Be Realized czy eksperymentującego z wokalem Freaking Fluid Injection, nie da się nie zauważyć, że prawie wszystkie utwory są napompowane w czasie niczym sztuczne piersi aktorek porno. Wiele z nich mogłoby równie dobrze trwać dwukrotnie krócej, a ich zawartość nie straciłaby na niczym. Można by kłócić się, że Dreijerowie starają się w dobie makdonaldyzacji kultury przykuć czyjąś uwagę na dłużej, ale moim zdaniem byłaby to gruba nadinterpretacja. Bo czy ktokolwiek z Was słuchał takich albumów jak The Knife czy Silent Shout powierzchownie? Faktem jednak pozostaje, że electropunkowy Full of Fire (którego temat jest kontynuowany w późniejszym Networking) lepiej wybrzmiałby skrócony o połowę, a świetny, przypominający nieco solowe dokonania Karin Raging Lung obyłby się bez skrzypiącego outro.

Zrzuciłem już z barków najcięższy zarzut, jaki miałem do postawienia Shaking the Habitual, ale w gruncie rzeczy uważam ją za dobry album. Męczące, ekstremalnie eksperymentalne interludia, które powinny moim zdaniem w całości zostać zmieszczone na drugiej płycie, nie zdołały bowiem przesłonić prawdziwych gwiazd tego krążka. Niesamowity, pulsujący Stay Out Here okraszony jest przejmującymi wokalami Karin i Olofa, singlowy A Tooth for an Eye przypomina skoczne electropopowe kompozycje z Deep Cuts, a wspomniany Raging Lung wprowadza w słuchaczu nieokreśloną tęsknotę. Mimo użytych na albumie surowych, syntetycznych dźwięków, słychać tu duży wpływ muzyki rytualnej, szamanistycznej i to nie tylko w brzmieniach tradycyjnych instrumentów perkusyjnych i dętych (frenetyczny Without You My Life Would Be Boring), ale przede wszystkim w rytmice i transowości numerów. Odwołanie do korzeni muzyki wydaje się idealnie współgrać z ideologią albumu – w wywiadach Szwedzi wielokrotnie podkreślali, że jest to muzyczny protest wobec nietolerancji i znieczulicy panującej w rządzonym przez chciwe korporacje i polityków świecie.

Jeżeli trudno jest ocenić ten album w recenzji, to jeszcze trudniej napisać do tej recenzji podsumowanie. Z jednej strony dostajemy polaryzującą opinie muzykę, obok której trudno jest przejść obojętnie. Shaking the Habitual jest wypełniony dziwnym blaskiem i niekonwencjonalnym pięknem, ale skrzydła podcina mu w pewien sposób kompletny brak dbałości o słuchacza. Bezkompromisowe zabiegi formalne momentami wydają się być niepotrzebne lub nienaturalne, a w innych fragmentach znakomicie podkreślają powrót do transowych korzeni muzyki. Jest to w końcu dzieło dwójki rodzeństwa, które na każdym kroku podkreśla dualizm swojej natury, więc może tak sprzeczne sygnały wysyłane przez ich najnowszy album są w niego wbudowane z powodu samej tożsamości autorów?

Nie ma więcej wpisów