Jak sądzicie, skąd pochodzi Will Wiesenfeld (aka Baths)? New York? Zbyt spleenowo jak na jego muzykę. Arizona? Nope. Nie znam żadnych muzyków z Alaski. Pozostaje więc LA.

Już wcześniej pisałem, Shlohmo i jego WEDIDIT to banda freaków. Jak się szybko okazało (wnikliwa obserwacja Instagrama popłaca), Baths jest ich koleżką. Patrząc na tamtejszą scenę beatmakerów, trudno nie dojść do wniosku, iż West Coast zbiera najbardziej pionierskie towarzystwo, jeśli chodzi o łatki #glitch, #downtempo, #brokenbeats. Dorzućmy do tego towarzystwa Flying Lotusa i Thundercata i mamy zastęp muzyków, którzy fuszerki jeszcze nie wypuścili.

Cerulean słuchałem z dużym, chyba półrocznym opóźnieniem. Było o nim głośno, ale czasem hype przybiera rozmiary tak duże, że wystarczający jest sam ten fakt i nawet nie chcesz się na siłę mierzyć z tym, co ktoś – podobno zdolny – nagrał, aby mieć o czym pogadać ze swoją dziewczyną, której tak podobało się wypreparowane lo-fi brzmienie w Rain Smell. Problem w tym, że po odsłuchu żałowałem, że nie odbyłem z nią rozmowy chociażby na temat hiciarskiego potencjału Indoorsy. Spodobało się na tyle, że poznałem też ambientowe alter ego Baths – Geotic, które sprawiło, iż z uwagą zacząłem przyglądać się kolejnym poczynaniom Willa.

Po odsłuchu dwóch singli nie wiedziałem, czego spodziewać się na Obsidian. Miasma Sky zdradzało popowy potencjał i szykowało się na kontynuację ciepłego, pozytywnego soundu z pierwszej płyty. Po Ironworks wpadłem w konsternację, bo na pierwszy plan zostało rzucone eleganckie pianino ze łzawymi smyczkami. Okazało się, że Baths zdecydował się przejść na ciemną stronę mocy. I słusznie.

Pierwsza najbardziej odczuwalna dla uszu różnica to brzmienie. O wiele cięższe i gęstsze. Will bardzo ciekawie zróżnicował wygląd bassline’ów i już ta zmiana znacząco wpływa na atmosferę całego albumu. Wystarczy włączyć Ossuary, No Eyes czy Earth Death.

Powiedzieć, że Obsidian wynika z formuły jaką Wiesenfeld prezentuje pod szyldem Geotic – byłoby to poważnym nadużyciem, jednak nie mogę pozbyć się wrażenia, że w pewnych momentach można odnaleźć wspólny vibe. Tym, co najbardziej ułatwia postrzeganie drugiej płyty Baths jako mroczną i schizofreniczną, są teksty. Refren w No Eyes: and is not a matter of / if you need it / but it is only matter of / come and fuck me (zwróćcie uwagę na krzyk w okolicy 3:50 min) czy we wcześniej napomkniętym Earth Death: come kill me, I see, so alone. Wygląda na to, że Will ma trochę problemów psychofizycznych, problemów z redefinicją samego siebie.

Dalej nie jest lepiej. W Incompatible wyrzuca z siebie wszystkie kwasy związane z pierwszymi miłościami: you don’t do anything with your life / fascinating, terrible, you stupid idling mind. Można żartować, że koleś wygląda jak Elvis tuż przed zaszyciem się w lesie, ale nie można zaprzeczyć, że nagrywa piosenki, które potrafią silnie oddziaływać na wewnętrzny komfort. Jasne, że Obsidian nadaje się na letnią potańcówkę, ale trzeba być ostrożnym. Na tekstach skupiamy się podczas odsłuchu na mieście, rzucając glimpsy na zagubioną, niezdefiniowaną młodzież.

Nie ma więcej wpisów