Trudno nie zacząć tekstu od wspomnienia, że główny bohater całego zamieszania jest zwycięzcą popularnego talent show. Trudno też skrywać w sobie uwielbienie dla tego, co właśnie z okazji swojej wygranej wydał. Tym bardziej, że życie już nam pokazało, iż nie zawsze zwycięzca wychodzi na tym wszystkim najlepiej. No, bo co z tego, że całość wygrywa fenomenalny wokalista, jeżeli nie ma zupełnie pomysłu na siebie, brakuje mu repertuaru, a producenci, którzy zajmują się nim po programie, robią z niego kogoś, kim tak naprawdę nie jest i nigdy nie będzie? To się po prostu nie ma prawa sprzedać. Zresztą, większość płyt jakie wydali laureaci tego typu produkcji telewizyjnych trudno opisać słowem dobra, więc jakby na to nie spojrzeć – z założenia, lubienie płyty pupilka sztucznego do bólu jury to jakiś tam obciach. Dlatego tym większe zaskoczenie przyszło w momencie, w którym na półki trafił debiut Dawida Podsiadło. Nie powiem, że nie czekałam na niego z drżeniem rąk, bo Dawid od początku był moim faworytem, jednak obawiałam się tego, co zrobią z nim eksperci od wszystkiego. Okazało się, że można śmiało odnieść zwycięstwo po raz drugi, wydając płytę, która jest nie tylko dobra – jest świetna, świeża i pełna prawdziwych emocji.

Bogdan Kondracki, którego szczęśliwy los zesłał Dawidowi, sprawił, że z utalentowanego chłopaka ze świetnym wokalem wydobył prawdziwy diament. Efekt, jaki przyniosło połączenie sił tych dwóch panów, przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Na tej płycie nie ma żadnego słabego punktu, nie ma potknięć, pomyłek. Jest za to mnóstwo szczerych, w pełni prawdziwych emocji – od radości do prawdziwego dramatu. Dziwi fakt, że dwudziestolatek śpiewa z emocjonalnością kogoś znacznie starszego, kogoś kto w życiu przeżył wiele gorzkich chwil. Zdumiewa też prostota z jaką ten chłopak panuje nad każdym dźwiękiem – śpiew jest dla niego tak naturalny jak oddychanie, przy czym potrafi za pomocą kilku dźwięków do końca wciągnąć nas w swój świat, całkowicie oczarować, zahipnotyzować. W warstwie instrumentalnej także nie ma przekombinowania i dzięki dominującej w podkładach prostocie udało się wyciągnąć na pierwszy plan to, co jest Dawida największą bronią – fenomenalny wokal.

Można by się czepiać, że na całym krążku znajdują się tylko dwie polskojęzyczne piosenki, ale po co? Słowa jakie powiedział o tym krążku Kuba Wojewódzki, które są nieco gorzkie, ale jednak prawdziwe i wbrew pozorom, są wielkim komplementem, najlepiej oddają charakter albumu – jest to polska płyta, która nie jest polska. A prawda jest taka, że Dawid, śpiewając po angielsku, brzmi najbardziej naturalnie, sam zresztą przyznaje, że angielska emocjonalność i wrażliwość muzyczna jest mu bliższa. Tym samym debiut Dawida tylko potwierdza to, że u nas również nagrywa się płyty, które bez żenady możemy postawić obok produkcji choćby z Wysp Brytyjskich.

Niezaprzeczalny jest więc fakt, że właśnie pojawił się na polskiej scenie prawdziwy skarb, którego – miejmy nadzieję – nie zepsuje showbiznes. Druga połowa tego roku będzie należeć do tego skromnego chłopaka z Dąbrowy Górniczej. Magia Comfort and Happiness sprawia, że naprawdę trudno oderwać się od tego krążka i ma się ochotę na więcej. Reasumując, właśnie tak powinien brzmieć polski pop. W tym momencie życzę każdemu debiutantowi takiego startu w świat polskiej muzyki rozrywkowej. Bez wątpienia poprzeczka w wyścigu o debiut roku została zawieszona bardzo wysoko – czuję, że w kategorii wokalista, tego chłopaka już nikt nie przeskoczy.

Nie ma więcej wpisów