W przypadku tego albumu warto trochę przybliżyć to, kim jest jego autor. Ghostface Killah to bez wątpienia żywa legenda hip-hopu. Jeden z najważniejszych i najbardziej utalentowanych członków nowojorskiej supergrupy Wu-Tang Clan. Autor wyśmienitych solowych albumów – Ironman, Supreme Clientele, Ghostdini: Wizard of Poetry in Emerald City, Fishscale czy Apollo Kids. Teraz do tego grona dochodzi jeszcze płyta nagrana wspólnie z producentem Adrianem Younge – Twelve Reasons to Die. Wydawnictwo jest koncept-albumem. Zawiera więc w sobie ciąg określonych, powiązanych w jakiś sposób opowieści tworzących jedną historię.

Przyznam, że na taką płytę w wykonaniu GFK czekałem od kiedy dowiedziałem się, że ma to być koncept-album w klimacie tandetnego horroru. Uwielbiam przemyślane i tworzące spójną całość płyty, które swoim ciekawym konceptem, ubranym w odpowiednie dźwięki i klimat powodują, że nie chcę ściągać z uszu słuchawek. Twelve Reasons to Die jest właśnie taką płytą.

Zanim przejdę do samej zawartości krążka, warto wspomnieć o tym, w jaki sposób go wydano, chociaż wydaje mi się, że w Polsce takiego kompletu raczej nie zakupimy. Do oryginalnej płyty dołączony jest krążek z instrumentalami, a jeśli ktoś zakupił limitowaną edycję tego wydawnictwa, to otrzymał także komiks oraz kasetę MC z remiksami utworów z opisywanego albumu, którą przygotował Apollo Brown. Nie lada gratka dla fanów rapera, jednak jak wspomniałem, jest to raczej rarytas niemożliwy do kupienia w Polsce.

Jeśli chodzi o sam album, to nie będę w żaden sposób oceniał poszczególnych kawałków pod względem lirycznym. Każdy z utworów jest przemyślany, genialnie zarymowany, świetnie napisany i co najważniejsze – potrzebny do tego, żeby historia, jaką chce nam opowiedzieć Ghostface, była zrozumiała, a każdy jej element wzbudzał określone emocje. W historii i jej oprawie można odnaleźć swoiste nawiązania do filmów grozy czy opowieści o komiksowych superbohaterach. Płyta to przepełniona uczuciami opowieść o krwawej wojnie między gangami. Jej finał to krwawa jatka, której wykonawcą jest właśnie Ghostface Killah. Pofinałowe zakończenie historii może wydawać się nieco naciągane i tandetne, ale fani Wu-Tang Clanu wiedzą, czego można się spodziewać po wybujałej fantazji i niewątpliwej kreatywności jego członków.

Ghostface jest, według mnie, genialnym raperem. Uwielbiam jego szorstką stylówę i płynące flow, które idealnie sprawdzają się na klasycznych bitach. Poza tym, przepełnione emocjami teksty czy obrazowość opowieści w nich zawartych powodują, że raper był, jest i prawdopodobnie będzie w czołówce amerykańskich MC’s. Poza nim, na płycie udzielili się m.in. RZA, Masta Killa, U-God, Inspectah Deck, Cappadonna i Killa Sin. Nie wszędzie nawijki gości mi odpowiadają, ale jestem w stanie te błędy wybaczyć ze względu na to, że wspomniani panowie to pierwszoligowi rapowi gracze i do tego dobrzy kumple gospodarza albumu.

Producent Adrian Younge spisał się świetnie jako realizator bitów, tworząc płytę o brudnym brzmieniu, ale i prawdziwej głębi. Ciekawe i bogate aranżacje, miejscami agresywniejsza perkusja, wyśmienita sekcja dęta i wszelkie instrumentalne przejścia tworzą niesamowity nastrój muzycznej opowieści, która w naszych głowach zmienia się w film. To może wskazywać tylko na to, że koncept wypalił. Co również ważne, płyta w ogóle nie nudzi. Trwa niecałe czterdzieści minut i zamyka w sobie genialną opowieść w odpowiedni sposób. Po jej wysłuchaniu nie czułem niedosytu, chciałem po prostu posłuchać czegoś równie dobrego.

Mógłbym o tym albumie napisać kilkunastostronicową rozprawę, a i tak wiem, że nie zawarłbym w niej wszystkiego, co chciałbym Wam przekazać. Jako fan koncept-albumów, Wu-Tang Clanu, przemyślanych tekstów położonych na brudnych bitach, jak i kina klasy B oraz komiksów – jestem tym albumem zachwycony.

Już niedługo wielki powrót Wu-Tang Clanu. Jeśli jeszcze nie słuchaliście Twelve Reasons to Die, to do czasu premiery płyty nowojorczyków sprawdźcie, jak radzi sobie jeden z nich.

Nie ma więcej wpisów