Po wielkim odczuciu zmęczenia psychodelią Lullabies to Paralyze i nieustannym smaganiu gitar w celu wytworzenia najdłużej brzmiących riffów na Songs for the Deaf, zespół Josha Homme’a poskładał pewne wzory na nowo. Nie ma tu wielkiej melodyjności, która zaprowadziła Make It Wit Chu na listy przebojów i zachęciła do poznania zespołu nawet tych, którzy na co dzień zajmują się nieco innymi artystami.

Nie ma tu męczącej (niektórych) formy nieustannego hard rockowego podejścia do grania, brak tu niezdecydowania i mielizn Era Vulgaris. Wszystko dobre, co wynikało z poprzednich wydawnictw, z całego okresu działalności zespołu, zostało jednak ciekawie zmieszane, idealnie poskładane na nowo. Tym większa to klasa, gdy niemal każdy utwór można ustawić w zupełnie różnej konstelacji łatek, artystycznych podobieństw i pewnych muzycznych ścieżek, a i tak album brzmi spójnie.

Wcześniejsze informacje o dużym nagromadzeniu gości na tej płycie zdawały się zwiastować zupełnie inne podejście do tworzenia. Jednak to miałoby w obecnej sytuacji większe uzasadnienie, gdyby kolejne nazwiska były zauważalne. Tak bardzo nieoczywiste jest pojawienie się w pierwszym utworze Jake’a Shearsa, który mógłby swój wokal wykorzystać w paru innych miejscach (np. Smooth Sailing), ledwie można załapać się na występ Alexa Turnera w końcówce pachnącego latami 80. If I Had a Tail i Trenta Reznora w Kalopsia. Natomiast główna nagroda powinna przypaść osobie, która po wysłuchaniu całej płyty obstawiała udział sir Eltona Johna ze swoim pianinem w Fairweather Friends.

Wykorzystanie tych postaci może i w jakimś stopniu nadaje smaczku całości …Like Clockwork. Jednak przy pierwszym kontakcie można poczuć zawód z powodu braku fragmentów, które można byłoby bardziej utożsamić z tymi osobami. Tymczasem zabieg ten sprawił po części, że zespół nie tylko został w kręgu swoich dotychczasowych poczynań, ale i znalazł nowe ujście dla swoich dźwięków. Pozostałością po Dessert Session zespołu można ochrzcić Fairwether Friends z kolei Smooth Sailing to już odwołanie do Eagles of Death Metal. Stonerowe korzenie ujawniają się w zdecydowanej rytmice Keep Your Eyes Peeled.

Zamiast jednak żyć przeszłą motoryką gitar, zmianę przynoszą utwory niemal ich pozbawione. Popowa aranżacja The Vampyre of Time and Memory z elementami syntezatorowego dopieszczenia uwydatnia jednak ciemniejszą stronę QOTSA. Spojrzenie na tekst tego, jak i poruszającego oraz odważnego utworu tytułowego (gdzie novum jest stawianie przez Homme’a na śpiew falsetem) zostawia w przekonaniu, że dalej można liczyć na solidny storytelling, nawet jeśli mamy do czynienia z inną niż stricte rockową postacią zespołu. To oczywiście kwestia gustu, bo zawsze znajdą się ci, którym będzie brakować płyty opartej na psychodelicznej, pustynnej energii, którą przejawia choćby I Appear Missing. Tyle że ta moc się tutaj znajduje, lecz jest wyrażana i przekazywana w zupełnie inny sposób.

I właśnie ta grupa odbiorców w trzynaście lat od przełomowego Rated R i jednocześnie po sześciu latach przerwy, nowy album Queens of the Stone Age może zaklasyfikować na zaszczytnym drugim miejscu w dyskografii.

Nie ma więcej wpisów