Talib Kweli jest uznanym amerykańskim raperem oraz kompozytorem. Ma wielu fanów i od lat jest chwalony przez branżową krytykę, chociaż tak naprawdę nie odnosi znaczących komercyjnych sukcesów, a jego kawałki nie robią furory na radiowych listach przebojów. Poza solowymi dokonaniami i udzielaniu się na projektach wielu raperów, popularność przyniósł mu także udział w projekcie Black Star stworzonym wspólnie z Mos Defem (obecnie Yasiin Bey).

Niedawno ukazał się szósty album rapera – Prisoner of Conscious. Nigdy nie byłem wielkim fanem tego MC ze względu na to, że tak naprawdę nie zrobił on niczego, co zapadłoby mi w pamięć. Oldskul i klasyka trochę przeminęły, ale Talib Kweli brzmi, jakby zapętlił się w rapie sprzed dziesięciu, piętnastu lat.

Nigdy nie eksperymentował z bitami i zawsze nawijał pod klasyczne produkcje. W swojej karierze stworzył co prawda kilka sztosów, ale znaczna część jego numerów szybko wypada z głowy. To po prostu fakt, a nie żadna złośliwość. Nie inaczej jest tym razem.

Tytuł płyty idealnie mówi o tym, o czym wspomniałem. To tak, jakby Talib świadomie nie przyłożył się w ogóle do doboru bitów. Może i dla niego jest to celowy zabieg – pokazania jakim jest się prawdziwym graczem, oddanym ideałom sprzed lat – ale ja tego nie kupuję. Generalnie każdemu podkładowi czegoś brakuje, pomimo tego, że ich produkcją zajęli się naprawdę doświadczeni muzycy. Wystarczy wspomnieć pseudonimy Oh No, S1, RZA, J. Cole, Harry Fraud, żeby wiedzieć, o czym piszę. Żaden z bitów nie ma kulminacyjnych momentów, co powoduje, że płyta w żaden sposób nie zaskakuje. Chyba jedynym podkładem, który mi się spodobał to ten autorstwa Frauda – do utworu Upper Echelon.

Kweli zawsze silił się na przemyślane liryczne opowieści i kładł to na klasyczne bity. Kiedyś było to innowacją czy czymś, można powiedzieć, zupełnie normalnym, ale dzisiaj to przeżytek. Nie chcę, żeby ktoś mnie źle zrozumiał – uwielbiam oldskulowy rap, ale czasy się zmieniły i każdy nurt czy gatunek muzyczny ruszyły do przodu. Dobrze czasem usłyszeć starego rapowego wyjadacza na oldskulowym, samplowanym bicie, ale jeśli ktoś robi tak wszystkie swoje albumy od ponad dekady to jego twórczość staje się coraz bardziej obojętna (przynajmniej mi).

Album ratują nieco goście. Miguel w kawałku Come Here odnalazł się idealnie, Melanie Fiona ukradła Ready Set Go, podobnie jak Kendrick Lamar i Curren$y utwór Push Thru. Rocket Ships również brzmi lepiej dzięki obecności Busta Rhymesa i jego wyraźnemu głosowi. Reszta gości dała poprawne występy. Jedyną osobą, która nie wniosła, według mnie, kompletnie niczego to Nelly, o którego istnieniu praktycznie zapomniałem.

Płyta jest równa i przez to… nudna. Taka produkcja mogłaby trafić na rynek równie dobrze dziesięć lat temu, co pokazuje swoistą stagnację Taliba Kweli – nie tyle liryczną, co muzyczną. Wiem, że jest wielu fanów tego rodzaju rapu, dlatego niech każdy sam sprawdzi i oceni, czy Kweli przygotował coś dla niego, czy też nie.

Ja jestem i prawdopodobnie będę fanem klasycznego rapu, wszelkich nawiązań do niego lub też chwilowych, zajawkowych powrotów. Jeśli jednak ktoś stoi w miejscu, w którym był lata temu i nie prezentuje mi dzisiaj niczego ciekawego, to propsów ode mnie nie dostanie.

Nie ma więcej wpisów