Kobieta zmienną jest, jak to mówią. Myślę, że to powiedzenie z powodzeniem można dopasować do panny Kittin. Jej ostatnie wydawnictwo pokazuje, że artystka nie umie zdecydować się czy grać bardziej melodyjnie, czy technicznie, czy stawiać na wokal, czy na dźwięki. Problem miała też z podjęciem decyzji, czy drugą część materiału puścić pod innym szyldem, czy jednak wrzucić do jednego wora. W konsekwencji dostajemy wydawnictwo dwupłytowe, które ma pokazać dwa oblicza Miss Kittin – to wokalno-melodyjne, synthpopowe oraz to bardziej techniczne, ambientowe.

Nasuwa się jednak pytanie – którą Miss Kittin mamy kochać i wielbić? Osobiście wolę tę oddającą hołd Warp Records, muzyce IDM z lat 90., czyli CD2. Tutaj panna Hervé czuje się jak ryba w wodzie, czego dowodem jest brzmienie jej głosu – idealnie dostosowujące się do zaprezentowanego klimatu downtempo. Zupełnie nie rozumiem dlaczego musiałam pokonywać aż 13 kawałków, by dobić się do tak idealnie bujających rytmów, jak w Cosmic Love Radiation, Tamarin Bay, czy Mind Stretching. Idealnie skrojone aranżacje, dojrzałe, niespieszne melodie, spokojny, pewny siebie wokal. Zupełna odwrotność tego, co dostajemy na CD1, gdzie Kittin próbuje bawić się swoim głosem niczym młoda wokalistka muzyki electroclash, indie.

Oczywiście jest w tym wszystkim wyczuwalny sznyt Caroline. W końcu Flash Forward przywodzi na myśl jeden z największych i kultowych tracków francuskiej artystki, czyli Rippin’ Kittin. CD1 nie jest jednak w stanie przykuć mojej uwagi na dłużej. Serce bije mocniej przy utworach, z którymi się osłuchałam, czyli Bassline, wspomnianym Flash Forward lub Life Is My Teacher. Czy osłuchanie jednak wystarczy, by nazwać coś wielkim i wspaniałym? Dla mnie to trochę za mało.

Sama filozofia Miss Kittin wydaje się być słuszna: zmienić postrzeganie muzyki elektronicznej jako jedynie złożone z sampli, klubowe tracki, a podkreślić utwory opierające się w dużej mierze na słowach. Kittin nie boi się powiedzieć na głos, że chciałaby połączyć popowy klimat z elektronicznym brzmieniem, co w konsekwencji faktycznie staje się mocną stroną jej muzyki. Jej teksty są chwytliwe, jej artystyczny wizerunek przekonywujący. Widać to na koncertach będących jednym wielkim show, na których artystka udowadnia, że jest samowystarczalna. Jest tylko jedno ale – o ile na żywo oraz na krążku drugim słyszalny i widzialny jest charakter kocicy, o tyle pierwsze 13 kawałków, a także te jej synth-popowe wtrącenia zmierzają bardziej w stronę niepewnego siebie kociaka. A już gwoździem do trumny jest dla mnie jej wersja utworu Everybody Hurts z repertuaru R.E.M.

Podsumowując, Calling From The Stars, trzecia solowa płyta producentki, didżejki i wokalistki, to w dużej mierze wydawnictwo złożone z dobrych, posiadających wszystkie potrzebne elementy utworów. Klimat Kittin, czyli pierwszej damy klubowych parkietów, jest wyczuwalny w każdym jednym kawałku. Jednakże CD2 to produkt, z którym jestem jak najbardziej na TAK, zaś CD1 to twór, któremu raczej mówię NIE.

Nie ma więcej wpisów