Kto by pomyślał, że dwóch angielskich młodzieńców, wyglądających jakby zostali żywcem wzięci z typowego brytyjskiego podwórka zrobi aż takie zamieszanie w klubowej muzyce. Bracia Guy i Howard Lawrence prowokują w dziennikarzach tak ekstatyczne reakcje jak zrewolucjonizowali elektronikę lub innowacja na klubowej scenie. Prawda wygląda jednak tak, że bracia Lawrence bardzo sprytnie wykorzystali impet dwudziestoletniego cyklu mody retro, aby wskrzesić sukcesy takich tuzów house’u lat 90. jak Snap! czy Nightcrawlers.

Ich debiut, Settle, jest albumem niełatwym do oceny po kilku przesłuchaniach i to nie dlatego, że trudno się go słucha lub jest w nim tyle treści. Tak naprawdę cała rozterka rozgrywa się pomiędzy wygłodzonym mózgiem a rozpląsanymi nogami. Z jednej strony bowiem album jest pełen miałkich, popowych refrenów i bliźniaczo do siebie podobnych bitów, ale jednej rzeczy nie można braciom odmówić – potrafią układać naprawdę zaraźliwe rytmy. Fakt, nie byłoby mowy o pierwszym zarzucie, gdybyśmy stawiali debiut Disclosure w szeregu z wielkimi dance-popowymi produkcjami w stylu płyt Kylie Minogue czy Lady Gagi, wtedy wręcz wybijałby się on inteligentnym podejściem do sprawy. Jednak wydawnictwo, które określa się klubową rewolucją, powinno mieć do zaoferowania więcej niż kilka piosenek o miłości i potraktowany kserokopiarką bit.

Jednym z problemów, z jakimi boryka się ta płyta, jest klęska urodzaju jeśli chodzi o gościnnie występujących na niej artystów, czyli ten sam problem, który kompletnie położył jako wydawnictwo pamiętne Tons Of Friends Crookersów. O ile Jessie Ware (śpiewająca podbite świetnym riffem basowym Confess To Me) czy Eliza Doolittle (udzielająca się w połamanym, aczkolwiek mocno piosenkowym You & Me) odnajdują się w stylistyce tego albumu nie zatracając przy tym charakteru, to już na przykład znany z ciepłego, pełnego głosu Jamie Woon w nienajgorszym muzycznie January, przykryty masakrującym wokal chorusem brzmi jak wyciśnięty z foremki członek boysbandu. Honoru numerów wokalnych wydaje się bronić śpiewany przez Sama Smitha Latch, ale w momencie, kiedy zarzuca on świetny, przenikliwy falset z refrenu, to płyta stylistycznie znowu obsuwa się w tereny zajmowane niegdyś przez Backstreet Boys.

Na zdecydowany plus można zaliczyć oparty na zapętlonym samplu wokalnym, otwierający płytę When A Fire Starts To Burn, który, jak miałem nadzieję, wyznaczy kierunek, jaki obiorą na tym wydawnictwie bracia L. Ciekawie brzmi też utrzymany w stylu wczesnego Tigi F For You. Nie są one jednak w stanie zrównoważyć olbrzymiej ilość typowych zapychaczy, jakimi została napompowana ta płyta. Bliźniaczo podobne i oferujące niewiele więcej niż garage’owy rytm Defeated No More, Stimulation, Voices oraz kilka innych numerów zlewają się w jedną całość, która brzmi raczej jak średnio przemyślany set didżejski niż studyjne nagranie.

Gwoździem do trumny okazuje się odklejona od reszty, niezdarna próba wpisania się w modne brzmienia zapoczątkowane przez takich artystów jak XXYYXX w postaci Second Chance, która obnaża kompletny brak zrozumienia fenomenu przetwarzania popowych inspiracji i tworzenia z nich nowej jakości. Jeśli chodzi o dobór numerów zamieszczonych na płycie, to szczerze zdziwiłem się, że nie ma na niej takich wcześniejszych dokonań Disclosure jak znakomite Tenderly czy The Law Of One, które przełamałyby pop-house’ową monotonię i dramatycznie podniosły poziom całego zbioru.

Przykro mi stwierdzić, że po zaostrzających apetyt na nowoczesne, klubowe, inteligentnie popowe granie na EP-kach, Disclosure po prostu nie udźwignęli wygórowanych oczekiwań i nagrali przeciętną taneczną płytę, w której lśnią pojedyncze diamenty. Nie wiem, czy wynika to ze strategii marketingowej ich wytwórni (a dodajmy, że Interscope ma historię sukcesów w sprzedawaniu uważnie zaprojektowanych, ale jednak tylko niby-undergroundowych produktów, vide Die Antwoord), czy po prostu z tego, że Guy i Howard nie są jeszcze gotowi na sukces tak wielki, jak ten, który przypadł im w udziale. Niewygodnym faktem, ale jednak faktem jest to, że – wbrew pozorom – aby nagrać bardzo dobry klubowy album nie wystarczy mieć talentu do skocznych rytmów i dostępu do palety śpiewających gwiazd.

Nie ma więcej wpisów